sobota, 8 grudnia 2018

#77 "Niszczący sekret" - K. Bromberg


            W sobotnie przedpołudnie chciałabym skusić was do lektury recenzji pewnej książki, która ku mojemu zdziwieniu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Mowa o „Niszczącym sekrecie” od K. Bromberg. Książka ta jest kontynuacją i jednocześnie zakończeniem duologii historii rozpoczętej w „Moim zawodniku”, którego recenzję mieliście już okazję przeczytać na moim blogu. Pierwsza część miała swoje zarówno dobre jak i złe strony, więc byłam ciekawa czy druga może mnie czymś zaskoczyć czy bardziej zdobyć moje serce. I wiecie co? Tak też się (ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu) stało. A mawiają, że pierwsze części (czy to filmu czy książki) są zawsze najlepsze. A tu okazało się wręcz odwrotnie. A o tym już za chwilę.



       Tytuł – „Niszczący sekret"
            (oryg.The Catch)
           Autor – K.Bromberg
      Tłumaczenie - Marcin Machnik
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 2985
         Wydanie pierwsze – 2018
        ISBN – 978-83-2833-833-3


Uwaga na spojlery dla tych, którzy nie czytali pierwszej części.

„Mój zawodnik” zakończył się mocnym cliffhangerem. Scout, aby jak jej się zdawało ratować Eastona, zmuszona została do podjęcia decyzji, o której wiedziała, że będzie miała wpływ nie tylko na jego sportową karierę, ale sam ich związek.

„Easton nie jest w stu procentach gotowy do powrotu do składu. I nie będzie gotowy przed wyznaczonym terminem”.

Easton był gotowy do aktywnego powrotu do sportu, Scout sama mu to oświadczyła – dlaczego więc powiedziała wszystkim, że jest inaczej. No cóż. Jedno spojrzenie na dokumenty, które leżały na stole w sali konferencyjnej wystarczyło, aby nasza bohaterka zrozumiała, że coś jest nie tak. Miała tylko kilka chwil, aby podjąć decyzję - taką której być może pożałuję, taką której skutki wywołają burze w szklance wody.

Zmiana klubowych barw była czymś, co nigdy nie miało się zdarzyć w życiu Eastona Wyldera. Od dziecka związany z baseballowym gigantem jaką jest drużyna Aces, teraz zmuszony jest do gry dla innej drużyny, w innym mieście, z innymi zawodnikami, a przede wszystkim z myślą z głowie, że to wszystko w pewnym sensie przez osobę, która miała go kochać.

Czy Scout odzyska zaufanie ukochanego mężczyzny i wyjaśni mu, że swoją decyzją po prostu wybrała mniejsze zło? Czy Easton uwierzy, że kobieta, która niespodziewanie skradła jego serce, wcale nie chciała ukraść mu szansy na powrót do drużyny?

Pomijając główne wątki historii przedstawionej w „Niszczącym sekrecie”, czyli relacja dwojga bohaterów i wpływ na ten związek zmiany klubu przez Eastona oraz rolę jaką w tej sytuacji odegrała Scout, to wcale nie to sprawiło, że ta historia skradła moje serce. Nie. Zrobiły to tajemnice, o których do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Tajemnice, które autorka w wysublimowany sposób ujawnia przed czytelnikami, w miarę zagłębiana się w kolejne strony tej historii.

Nie zamierzam w tej recenzji rzucać spojlerami, bo sami powinniście zbierać przysłowiowe szczęki z podłogi (tak jak robiłam to ja), kiedy zorientujecie się, że nie wszystko jest takie jakim się może wydawać. Drobne szczegóły, do których w trakcie czytania pierwszej części, nie przywiązywałam większej uwagi (np. dlaczego Easton tak lubi słuchać audiobooków), w „Niszczącym sekrecie” znajdą swoje wyjaśnienie i to jakie wyjaśnienie. WOW. To będzie dopiero początkiem góry sekretów, ujawnienia których możecie spodziewać w trakcie lektury.

Pani Bromberg, tymi umiejętnie skrywanymi przez bohaterów tajemnicami i to w jaki sposób zostało to przedstawione utwierdziła mnie dlaczego tak bardzo zakochałam się w jej piórze lata temu, czytając serię Driven.

P.S. I na koniec coś, o czym bym zapomniała, a co chyba zaskoczyło mnie najbardziej. Łzy wzruszenia, które się u mnie pojawiły w końcowych rozdziałach książki. 


             Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

poniedziałek, 3 grudnia 2018

#76 "Sponsor" - K.N. Haner


Pisanie recenzji, zwłaszcza książki w tworzeniu której bloger miał swój mały wkład zawsze stanowi nie lada wyzwanie. Obecność w „Sponsorze” autorstwa K.N. Haner pod postacią rekomendacji, jaką znajdziecie w środku była i jest dla mnie ogromną przyjemnością. Liczę, że lektura książki, do której mam nadzieję przekonam was poniższą recenzją sprawi, że pokochacie zarówno tą historię, jak i tych bohaterów.



                                    Tytuł – „Sponsor"
           Autor – K.N. Haner
        Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 512
         Wydanie pierwsze – 2018
        ISBN – 978-83-2833-840-1


Główną bohaterką historii przedstawionej w „Sponsorze” jest Kalina Turner, która na co dzień jest mieszkającą w Londynie studentką fizjoterapii. Pewnego dnia, dziewczyna jadąc na rowerze, będącym prezentem urodzinowym, ulega wypadkowi. Zderzenie z samochodem nie było tym, czego Kalina chciała doświadczyć w zimny poranek w drodze na uczelnię. Na jej szczęście z kolizji wyszła ona bez szwanku, ale za to z … nową znajomością. Kierowcą luksusowego i drogiego auta, okazał się mężczyzna w równie drogim i luksusowym garniturze. Zaraz po tym, jak Nathan Collins zabrał dziewczynę do szpitala, aby upewnić się, że nic jej nie jest, zaproponował Kalinie wspólną kolację, na którą onieśmielona ale i zaintrygowana dziewczyna się zgodziła. Spotkanie jednak zakończyło się spoliczkowaniem mężczyzny i powrotem do domu, bo propozycja jaką jej złożył, była nie do przyjęcia dla takiej dziewczyny jaką była Kalina.

Los bywa jednak przewrotny i już wkrótce ta dwójka spotyka się ponownie, ale Kalina nie jest już tą samą dziewczyną, którą była jeszcze kilka miesięcy temu, a na pewno jej życie nie wygląda tak jak jeszcze niedawno.

Jedna chwila. Tyle wystarczy, aby stracić rodziców.
Jeden moment. Tyle potrzeba, aby uświadomić sobie, że ty i młodsza siostra zostałyście sierotami.
Jedna sekunda. Tyle czasu zajmuje zorientowanie się, że mężczyzna którego poznałyście, może być zarówno waszym ratunkiem, jak i waszą zgubą.

Życie wystawiło Kalinę na ogromną próbę, kiedy śmierć wkroczyła w jej spokojny  i poukładany świat w momencie w którym kompletnie się tego nie spodziewała. Utrata rodziców i konieczność zapewnienia w miarę normalnych warunków do życia sobie i swojej czteroletniej siostrze Sabrinie okazały się trudniejsze niż nasza bohaterka mogłaby przypuszczać.

I w tym właśnie momencie drogi Kaliny i Nathana ponownie się krzyżują. Czy i tym razem ich przypadkowe spotkanie w sklepie zakończy się fiaskiem?

„ - Jaki ma pan samochód? My nie mamy żadnego. Wybuchł razem z domem. Wiesz? – Spojrzał na dziewczynkę, której słowa wprawiły go w osłupienie. Zastanawiał się, czy to był dziecięcy żart, czy mówiła prawdę. Po minie Kaliny stwierdził jednak, że to nie żart. I nagle wielka gula stanęła mu w gardle i nie mógł wydobyć z siebie ani słowa.”

K.N. Haner w „Sponsorze” przedstawia relację dwojga ludzi, których drogi teoretycznie nie miały prawa się zejść. A stało się tak, i to dwukrotnie. Kalina i Nathan – bohaterowie kompletnie różni, zarówno pod względem charakteru, jak i tego czego oczekują od życia, i w jakim momencie tego życia się znajdują.

Główni bohaterowie, głównymi bohaterami, ale wiecie kto skradł moje serce w całej tej historii? Dziecko, a konkretnie czteroletnia siostra głównej bohaterki, która stanowi kompletne jej przeciwieństwo. Bezpośrednia, rezolutna, pewna siebie, odrobinę rozpieszczona i chwilami nieposłuszna Sabrina była tą, której charakter, a zwłaszcza dialogi kupiły mnie w całości.

Podobno książki, nie ocenia się po okładce, ale kiedy okładka przyciąga nasz wzrok i kradnie serce nie mamy nic przeciwko - prawda? W przypadku „Sponsora” okładka nie owijając w bawełnę wymiata. Byłam nią zachwycona na grafice, ale na żywo jest jeszcze piękniejsza. Proste biało-czarno-złote elementy dopełniają się w idealny sposób.

I jak to w przypadku autorki bywa, koniec pierwszej części „Sponsora” nie jest cukierkowy. Nie. On jest ja zwykle mocny, nieprzewidywalny i zaostrzający nam apetyt na drugą część.

Jedyny minus w tej historii odnajduję, w powtarzanych na początku niektórych rozdziałów scenach, w których te same fragmenty/dialogi napisane są zarówno z perspektywy zarówno Kaliny, jak i Nathana i to praktycznie w taki sam sposób.


                                     Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

sobota, 1 grudnia 2018

#75 "Więcej niż my" - Jay McLean


Nie ma lepszego sposobu na rozpoczęcie nowego miesiąca niż nową pachnącą świeżością recenzją na blogu. Dziś słów kilka o książce, która jest debiutem na polskim rynku wydawniczym tej mieszkającej na co dzień w australijskim Melbourne autorki. Mowa o Jay McLean i jej „Więcej niż my”.



Tytuł – „Więcej niż my"
(oryg.More than this)
Autor – Jay McLean
Tłumaczenie - Maria Smulewska
Wydawnictwo – Kobiece
Liczba stron – 303
Wydanie pierwsze – 2018
ISBN – 978-83-6607-494-1



Niektóre książki zaczynają się spokojnie, by zakończyć się trzęsieniem ziemi i mocnym cliffhangerem. Są i takie, które już na samym początku wywołują mnóstwo emocji (często tych smutnych), które potem stopniowo się uspokajają. „Więcej niż my” zdecydowanie można zaliczyć do tej drugiej kategorii. A dlaczego? O tym za chwilę.

To miał być niezapomniany wieczór dla naszej bohaterki. Bal na zakończenie liceum z ukochanym chłopakiem u boku i grupą najbliższych przyjaciół nie przebiegł jednak tak, jak mogłaby spodziewać się tego Mikayla.

Zorientowanie się, że dwie najbliższe ci osoby zdradziły cię w najgorszy sposób, było dopiero początkiem koszmaru jaki ten dzień miał przynieść dziewczynie. Kiedy Mikayla odkryła na balu, że jej chłopak i najbliższa przyjaciółka od wielu miesięcy mieli romans myślała, że to najgorsze co mogło ją spotkać. Świadkiem całego zajścia był Jake, który postanowił sprawić (ku swojemu zaskoczeniu), że ten wieczór nie okażę się dla naszej bohaterki kompletną katastrofą. Mikayla spędziła więc następne kilka godzin z nim i paczką jego, jak się okazało świetnych znajomych. Niestety najgorsze miało dopiero nadejść. Bo kiedy Jake po wieczorze spędzonym w towarzystwie nowo poznanej dziewczyny i przyjaciół odwiózł ją do domu, stały pod nim karetki pogotowia i policyjne radiowozy.

"Jak to możliwe, że tak nagle wszystko zostało mi odebrane? 
Ogarnia mnie taka złość, że zaczynam drżeć. 
Chcę umrzeć. 
Chcę być z nimi. 
Nic mi nie zostało. 
Nikt." 
 
Śmierć rodziców i siostry, którzy zginęli zastrzeleni z rąk włamywacza, którego nakryli we własnym domu było czymś czego Mikayla, nie mogła przewidzieć. A teraz to stało się jej rzeczywistością, brutalną ale rzeczywistością. Została bez rodziny, bez domu ( który został podpalony, aby zatrzeć ślady zbrodni), a jedyne co jej pozostało to … nowo poznany tego wieczoru chłopak, który nieoczekiwanie stał się jej oparciem.

Znacie powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaję się w biedzie? W tym przypadku Mikayla nie tylko poznała przyjaciela, ale może i miłość?

Bo zamieszkanie w domu Jake’a i jego rodziny, do czasu jej mającego wkrótce nastąpić wyjazdu na studia, okazało się zarówno dla niej jak i dla niego początkiem niezwykłej relacji, z której mogło wyniknąć coś zdecydowanie większego.

"Więcej niż my" to książka, która nie jest jakimś majstersztykiem jeśli chodzi o literaturę New Adult, ale czyta się ją naprawdę przyjemnie. W tej historii, moim ulubieńcem stał się Jake, jego rodzina i wszyscy przyjaciele. To w jaki sposób pomogli oni głównej bohaterce przejść przez najgorsze chwilę w jej życiu było naprawdę godne podziwu. Mikayla, była bohaterką, która dopiero pod koniec książki zaczęła mnie dość mocno irytować swoim niezdecydowaniem w kwestii związku z Jake'iem, choć dobrze wiedziała co do niego czuję. Mimo, to całość historii oceniam na plus i myślę, że znajdzie ona spore grono fanów.


                                  Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                    Wydawnictwu Kobiecemu!

sobota, 24 listopada 2018

#74 "Playboy za sterami" - Vi Keeland/Penelope Ward


            W tym tygodniu na polskim rynku wydawniczym pojawiła się kolejna książka autorstwa mojego ulubionego pisarskiego duetu. Każdą, kolejną pisaną przez siebie historią Vi Keeland i Penelope Ward udowadniają dlaczego rzesza ich fanów rośnie z każdym rokiem i to w tak szybkim tempie. Mam cichą nadzieje, że tą recenzją przekonam was, że „Playboy za sterami” to idealny romans na zimowe wieczory.

      
    

       Tytuł – „Playboy za sterami"
          (oryg.Playboy Pilot)
    Autor – Vi Keeland/Penelope Ward
        Tłumaczenie - Marta Czub
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 280
         Wydanie pierwsze – 2018
         ISBN – 978-83-2833-992-7


Życie Kendall Sparks nigdy nie wymagało od niej trudnych wyborów. Wychowywana w uprzywilejowanej, bogatej i żyjącej w dostatku rodzinie - dziewczyna nie musiała martwić się praktycznie o nic. W miarę upływu lat sytuacja jednak się zmieniła, a jeden zapis w opiewającym na miliony dolarów funduszu powierniczym jej ekscentrycznego i nieco dziwnego dziadka sprawił, że nasza bohaterka zmuszona zostanie do podjęcia decyzji, od której będzie zależała jej dalsza przyszłość. Albo przed swoimi dwudziestymi szóstymi urodzinami urodzi syna (choć absolutnie nie czuję się gotowa na zostanie matką), albo nici z wygodnego życia i pieniędzy do których, bądź co bądź Kendall przywykła przez te wszystkie lata. Ta więc sami rozumiecie dylematy, dylematy… A czasu na podjęcie decyzji jest coraz mniej. I tak właśnie nasza bohaterka znalazła się na lotnisku przeglądając folder podróżniczy, aby zdecydować do jakiego miejsca na świecie polecieć, aby tam w spokoju przemyśleć co ostatecznie zrobi.


Lotnisko to drugi dom dla Cartera Clynesa. Jako pilot linii International Airlines nasz bohater lata w najpiękniejsze zakątki kuli ziemskiej. Carter to wolny duch, który ze swojej pasji uczynił swój zawód. Biorąc pod uwagę, że nie jest z nikim związany na stałe, może sobie pozwolić na pracę, która sprawia, że ciągle jest w podróży i rzadko bywa w domu na dłużej niż kilka dni. To miał być kolejny zwyczajny dzień, miał być, ale spotkanie pewnej intrygującej i zadziornej blondynki w lotniskowym barze kompletnie to zmieniło.

„-Teraz wszystko mi prześwituję! 
- Mam tego bolesną świadomość. (…) Chryste, nie masz stanika? 
- Nie mam. 
W końcu podniósł wzrok. 
- A mogę spytać, co robisz na lotnisku bez stanika? 
Chrząknęłam i wyjaśniłam: 
- Chciałam, żeby mi było wygodnie w samolocie. (…) Nie spodziewałam się, że obcy facet zaatakuje mnie wodą.”


Chwila rozmowy wystarczyła, aby między naszą dwójką pojawiły się drobne (no dobra dość spore) iskry. Carter z typowym dla siebie urokiem i pewnością siebie skierował uwagę Kendall na jeden konkretny kierunek podróży – Rio w Brazylii. Dziewczyna nie wiedziała, że mężczyzna jest pilotem, nie wiedziała też, że Carter nie wybrał brazylijskiego miasta przypadkiem, ale o tym Kendall dowiedziała się dopiero, kiedy siedząc w samolocie usłyszała głos kapitana, głos, który zdążyła zapamiętać, głos Cartera.


Rio będzie dopiero pierwszy przystankiem, a jednocześnie początkiem niezwykłej podroży w trakcie, której zarówno Kendall jak i Carter znajdą odpowiedzi, których kompletnie nie oczekiwali. Bo na pewno, żadne z nich nie spodziewało się, że zagorzały kawaler z luźnym podejściem do związków i dziewczyna, która stanęła na życiowym zakręcie będą mieć tyle wspólnego.

„Playboy za sterami” to kolejny (wiem, to robi się już nudne…żartuję), przykład jak można napisać świetny romans, nie powielając schematów z soczystymi i zabawnymi dialogami, w których z każdą kolejną stroną zakochujemy się w głównych bohaterach.

Nie wiem jak Vi Keeland i Penelope Ward to robią, że ich książek i historii w nich zawartych po prostu, nie da się, nie kochać.


               Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

środa, 14 listopada 2018

#73 "Wszystkie nasze obietnice" - Colleen Hoover


Dziś ważny dzień dla wszystkich fanów twórczości Colleen Hoover – polska premiera jej najnowszej książki „Wszystkie nasze obietnice” (oryg. All Your Perfects”). Jest więc to idealny moment, abym mogła podzielić się z wami moją opinią na jej temat. Ach, i co to będzie za opinia.




            Tytuł – „Wszystkie nasze obietnice"
        (oryg.All Your Perfects)
          Autor – Colleen Hoover
       Tłumaczenie - Aleksandra Żak
          Wydawnictwo – Otwarte
           Liczba stron – 293
         Wydanie pierwsze – 2018
         ISBN – 978-83-7515-544-0



Quinn i Graham poznali się w okolicznościach, których żadne z nich nie przewidziało. No bo jak inaczej określić sytuację, że kiedy Quinn wraca wcześniej z podróży, chcąc zrobić niespodziankę ukochanemu, pod drzwiami jego mieszkania zastaję obcego mężczyznę, który wygląda jakby zaraz miał wybuchnąć. Okazuję się, że narzeczony dziewczyny – Ethan i Sasha – dziewczyna Grahama mają romans, a nasi bohaterowie przyłapali ich na gorącym uczynku, kiedy usłyszeli dźwięki dochodzące z mieszkania Ethana. Ani Quinn, ani Graham nie przewidzieli, że teoretycznie najgorszy dzień w ich życiu będzie jednocześnie tym w którym ich serca zostaną rozbite, ale czy do końca? Po kilku miesiącach nasi bohaterowie spotykają się całkiem przypadkiem w restauracji, w której oboje są na randkach – ale ich wzajemna fascynacja z ostatniego spotkania wcale nie minęła.

Warto wspomnieć, że Colleen Hoover podzieliła książkę na rozdziały „wtedy” i „teraz” dzięki czemu dokładnie, krok po kroku wiemy jak potoczyła się relacja Quinn i Grahama na przestrzeni czasu.

W zapowiedziach książkach mogliśmy przeczytać „Idealna miłość. Nieidealni ludzie”. I taka właśnie okazała się historia naszych bohaterów.

„Nie chciałem, żebyś zakochała się we mnie ze względu na przeznaczenie (...) Chciałem, żebyś zakochała się we mnie dlatego, że nie będziesz mogła się powstrzymać.

Teraz – Quinn i Graham są małżeństwem z kilkuletnim stażem.
Wtedy – byli młodymi ludźmi, którzy z prędkością światła zorientowali się, że uczucie takie jak połączyło właśnie ich, zdarza się raz w  życiu.

Teraz – oboje walczą, aby utrzymać na powierzchni związek, który zaczyna tonąć.
Wtedy – czerpali radość z każdej spontanicznej chwili, które tworzyły ich idealną miłość.

Czytając książkę, zaczęłam się zastanawiać co mogło sprawić, że parę taką jak Graham i Quinn, których połączyła niesamowita, szczera, prawdziwa miłość – taka, której nic i nikt nie było w stanie zniszczyć, taka o której czytałam w rozdziałach z przeszłości … w teraźniejszości zdaję się powoli umierać. Co mogło doprowadzić do tego, że coś idealnego, zaczęło z biegiem czasu zmieniać się w coś czego ideałem nazwać nie można.

Dziecko.

Jedno słowo. Jeden mały człowiek. Jedna mała istota, której pragnęli nasi bohaterowie. Ale los bywa okrutny, tak strasznie okrutny – lata prób, kilka nieudanych zabiegów in-vitro, podania odrzucone przez agencje adopcyjne. Takimi ciosami los zadawał ból naszej parze. Ból, który odczuwałam z każdą czytaną stroną, z każdymi wypowiadanymi słowami. Szkoda tylko, że nasi bohaterowie kierowali te słowa do samych siebie, a nie do tej drugiej osoby.

„Wszystkie nasze obietnice” to jedna z najpiękniejszych, a jednocześnie najsmutniejszych historii napisanych przez Colleen Hoover. Kończyłam czytanie ze łzami, które ciekły po moich policzkach, ciekły i nie chciały przestać, takimi, które pojawiły się ponownie właśnie teraz, kiedy piszę dla was tą recenzję.

Uważam, że ta książka to niezwykle bolesne, ale jakże prawdziwe świadectwo tego, jak na każde małżeństwo starające się o potomstwo, wpływają kolejne nieudane próby jego poczęcia. Historia Grahama i Quinn utwierdziła mnie w przekonaniu, że walczyć o małżeństwo trzeba zawsze, nawet, kiedy brakuję już sił, kiedy mamy wrażenie, że toniemy, ale jeśli dwie osoby nadal łączy miłość, to jest ona tym co wygra  - ZAWSZE.

Czytając książkę, przez jej fabułę przewija się tajemnicza szkatułka, której owa tajemnica zostanie rozwiązana pod koniec lektury. I to właśnie wtedy wylałam najwięcej łez.


Colleen Hoover zrobiłaś to po raz kolejny. Znowu rozbiłaś mnie emocjonalnie. Kolejny raz wywołałaś we mnie całą masę uczuć, które pozostaną ze mną jeszcze długi czas.

„Wszystkie nasze obietnice” to książka, którą powinny przeczytać wszystkie … małżeństwa. Bo problemy w niej są tak życiowe, ta realne, tak współczesne… Quinn i Graham to postaci fikcyjne, ale jestem przekonana, że wiele osób mających podobne problemy jak oni, mogą się z nimi utożsamiać.

Już wiem, że ta książka wyląduję w moim zestawieniu pt. Najlepsze książki 2018.


                              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                   Wydawnictwu Otwartemu!