środa, 24 kwietnia 2019

#96 "Zbuntowany dziedzic" - Vi Keeland/Penelope Ward

 

Autorskiego duetu Vi Keeland/Penelope Ward nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, a jeśli jest on komuś nieznany, to szybko musicie nadrobić swoje braki, bo nie wiecie co cudownego was omija. Dziś miała miejsce polska premiera kolejnej historii napisanej przez obie panie. Autorki po raz pierwszy w swojej karierze zdecydowały się napisać duologię, a „Zbuntowany dziedzic” stanowi pierwszą jej część. Czy mój ukochany duet trzyma swój dotychczasowy wysoki poziom pisania? Już wam mówię.




                  Tytuł – „Zbuntowany dziedzic"
            (oryg.Rebel Heir)
    Autor – Penelope Ward/Vi Keeland
      Tłumaczenie - Edyta Stępkowska
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 266
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-2835-319-0


Gia Mirabelli to młoda, początkująca pisarka, która chcąc w spokoju dokończyć nową powieść przenosi się na lato to słynnej miejscowości wypoczynkowej niedaleko Manhattanu - Hamptons. Pewnego wieczoru, Riley - przyjaciółka i współlokatorka dziewczyny prosi ją, aby ta na jeden wieczór zastąpiła ją w pracy. Mimo, iż Gia nie ma bladego pojęcia o byciu barmanką, a robienie drinków do dla niej czarna magia, nasza bohaterka w końcu ulega i zgadza się pomóc koleżance, zwłaszcza, że ta zapewnia ją, że tego wieczoru w barze nie będzie właściciela. Nikt się nie zorientuję, nic się nie wyda. Ale ... to by było zbyt łatwe, prawda?

Pech chciał, że właściciel The Heights pojawił się tego wieczoru w barze, i od razu zorientował się, że kobieta za barem nie jest jego pracownicą, poza tym ewidentnie sobie za nim nie radzi.

"— Co ci podać?  
— A co umiesz zrobić? — Świetnie. Głos pasował do twarzy. Seksowny, głęboki, intensywny (...) 
— Piwo — odpowiedziałam i lekko się zaśmiałam. — Umiem nalać piwo. (...)  
— Szef wiedział, gdy cię przyjmował, że znasz tylko jeden drink?  
— Tak naprawdę wcale mnie nie przyjął. Zastępuję koleżankę i mówiąc szczerze, nie mam bladego pojęcia, co robię. Wydaje mi się, że ostatniemu klientowi nawet resztę wydałam źle.  
Czarujący łobuziak nic nie powiedział. Wyglądał za to tak, jakby bacznie mi się przyglądał, i zrobiło mi się nieswojo.(...)
— Więc… co ci mogę podać?  
Zamiast odpowiedzieć, wstał i zdjął kurtkę. Przełknęłam ślinę na widok mięśni napinających biały T-shirt. W górę ramion jak bluszcz pięły się tatuaże, zasłaniając każdy centymetr skóry. (...) 
— Jak się nazywasz? — Wciąż nawet na moment nie odrywał ode mnie wzroku, a mimo to wcale nie czułam się tak, jakby mnie obczajał. To było dziwne i zarazem intrygujące.  
— Gia.  
— Gia — powtórzył za mną.  — Powiedz mi, Gia, jak myślisz, co by powiedział właściciel tego baru, gdyby się dowiedział, że stoisz tu, źle wydajesz resztę i wkurzasz klientów? 
 (...) 
— Myślę, że właściciel nieźle by się wkurzył. I raczej by nie docenił, że robię dobry uczynek, zastępując koleżankę, która musiała pilnie wyjechać.  
— A dlaczego tak myślisz?  
— Hm… to podobno niezły dupek.
Kokieteryjnie uniósł brew. 
 
— To fakt. Znam go i muszę się zgodzić, że to dupek. Niby przyznał mi rację, ale wcale mi to nie brzmiało, jakby był po mojej stronie. Ta rozmowa przybierała dziwaczny obrót i należało pilnie ją uciąć.  
— Dobra. To chcesz spróbować mojej specjalności — piwa? 
— Lej.  
— Jakie? Wolno pokręcił głową: — Sama wybierz.  
Uradowana, że mogę się oddalić na kilka minut i ochłonąć, podeszłam do kranu, z ociekacza pod ladą wyjęłam kufel i zaczęłam nalewać lokalne piwo, tak jak powiedziała Riley.  (...) 
— To będzie sześć dolarów — powiedziałam, stawiając przed nim pełen kufel.  
— Osiem.  
— Słucham?  
— Piwo. Kosztuje ósemkę, nie szóstkę. — Nie wiedzieć czemu wydawał się lekko rozdrażniony. 
— Ach. Więc mnie poprawiasz, żeby zapłacić więcej? W tym momencie do baru podszedł ochroniarz/menadżer/dąb i stanął obok mojego klienta.  
— Szefie, dostawa mocnych alkoholi się spóźniła i nie dowieźli czterech butelek. Paragon jest pod szufladą w kasie. Jakąś minutę trwało, zanim to, co usłyszałam, przedostało się do mojej świadomości. A gdy tak się stało, otworzyłam szerzej oczy.  
— Powiedziałeś: „szefie”? Mój zimny drań posłał mi płonące z wściekłości spojrzenie:  
— Tak powiedział, Gia. To ja jestem tym dupkiem. I właścicielem tego miejsca. — Wykrzywił usta w uśmiechu bez krztyny wesołości.  
— A teraz wypierdalaj z mojego baru i przekaż koleżance, że może nie wracać. Kurwa! To był szef."


Pomiędzy Gią, a Rushem dochodzi do dość mocnej wymiany zdań, która … kończy się tym, że mężczyzna proponuję dziewczynie dodatkową pracę jako hostessa.


Rush, choć na pierwszy rzut oka to seksowny, pewny siebie mężczyzna, typ buntownika z tatuażami, to praktycznie wśród wszystkich pracowników The Heights sieje strach i panoszy się se swoim szorstkim charakterem - wśród wszystkich oprócz Gii, która nie boi się mówić tego co myśli.

Jak się domyślacie nie zabraknie w tej historii chemii między bohaterami, która z każdą czytaną strona będzie tylko rosnąć.

Jeśli myślicie, że autorki ot tak, dadzą bohaterom „Zbuntowanego dziedzica” happy end, to najwyraźniej nie znacie ich pomysłów. Gdyby tak było, po cóż byłaby druga część czyli „Zbuntowane serce”.


Rush i Gia staną przed sytuacją, której oboje nie mogli przewidzieć.

Rush nie planował, że się jego uczucia względem Gii staną się tak silne.
Gia nie wiedziała, że facet z tatuażami skradnie jej serce.

Przewidzieliście to prawda? Ja też. Ale ...

Kiedy wszystko wskazywało na to, że nasi bohaterowie będą się cieszyć z tej nieoczekiwanej sytuacji, nastąpił kolejny szok. Ale tym razem coś, przy czym  ich nieoczekiwana miłość, będzie stanowiła mały pikuś.

Jednonocna przygoda sprzed kilku miesięcy, którą Gia wolałaby wymazać z pamięci, zwłaszcza że po wszystkim facet zostawił jej fałszywy numer telefonu, powróci z konsekwencjami, które mogą doszczętnie zniszczyć podwaliny związku jaki Gia i Rush dopiero zaczęli tworzyć.

Myślicie, że już się wszystkiego domyśliliście? Pewnie podejrzewacie, co jest tą konsekwencją? Uwierzcie, że nawet jeśli, to cliffhanger na końcu książki, który zaserwowały nam autorki przyniesie wam coś, czego nikt nie mógł się domyślić. NAWET JA!

TO SIĘ NAZYWA ZOSTAWIĆ CZYTELNIKA ZE SZCZĘKĄ NA PODŁODZE!

Osobiście nie mogłam wytrzymać i po zakończeniu lektury „Zbuntowanego dziedzica”, chwyciłam za ebook „Zbuntowanego serca” w języku angielskim. A to już o czymś świadczy!


Penelope Ward i Vi Keeland stworzyły cudowną, pełną emocji historię w której pokochamy głównych bohaterów od pierwszej strony. Będziecie czytać z zapartym tchem – to mogę wam obiecać.

              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!


piątek, 19 kwietnia 2019

#95 "Hold You Close" - Corinne Michaels/Melanie Harlow


W ostatniej recenzji przed Świętami Wielkanocnymi postanowiłam przybliżyć wam kolejną książkową propozycję od Wydawnictwa NieZwykłego. W odróżnieniu od dwóch poprzednich recenzji w których trudno  było mi się zachwycić czymkolwiek, nareszcie mam dla was historię, którą mogę polecić z czystym sercem. „Hold You Close” to książka napisana przez duet autorek, które na co dzień publikują oddzielnie – Corinne Michaels i Melanie Harlow. Znam twórczość obu, z małą przewagą szali dla książek tej drugiej. Jak poradziły sobie w duecie?




               Tytuł – „Hold You Close"
         (oryg.Hold You Close)
Autor – Corinne Michaels/Melanie Harlow
     Tłumaczenie - Anna Kuksinowicz
         Wydawnictwo – NieZwykłe
           Liczba stron – 288
         Wydanie pierwsze – 2019
         ISBN – 978-83-7889-915-0



Ian Chase wiele lat temu złamał serce nastoletniej London Parish, która jednocześnie była i nadal jest najlepszą przyjaciółką jego siostry. Los chciał, że teraz jako dorośli ludzie mieszkają przy tej samej ulicy, a ich relacja jest raczej … oschła. Ambitna London pracuję jako analityk finansowy i wiedzie spokojne życie mieszkając ze swoim kotem. Ian to kobieciarz, który ku irytacji London urządza w swoim domu głośne imprezy, a na co dzień prowadzi bardzo popularny klub nocny.


Nic jednak nie przygotowało naszych bohaterów na tragedię, która miała ich dopiero dotknąć.

Sabrina i David, czyli siostra i szwagier Ian’a giną w katastrofie lotniczej, a ich dzieci: Morgan, Christopher i Ruby z dnia na dzień zostają sierotami.

Ian stracił ukochaną siostrę.
London straciła najlepszą przyjaciółkę.

Na pewno żadne z nich nie spodziewało się, że odczytywanie testamentu Sabriny będzie dopiero początkiem wielkich zmian w ich życiu. Sabrina w swojej ostatniej woli opiekę nad trójką jej dzieci powierzyła … swojemu słynącemu z hulaszczego trybu życia bratu, a nie odpowiedzialnej i spokojnej przyjaciółce London, która jednak według prośby zawartej w zostawionym liście, ma w razie czego pomagać przy wychowywaniu dzieci.

I tak właśnie nasi bohaterowie stanęli w obliczu sytuacji, która zmusza ich dla dobra dzieci, które spotkała ogromna tragedia, połączyć swoje siły i zrobić wszystko, aby ich relacje były w miarę cywilizowane. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Prawda?

Zwłaszcza jeśli serce London nigdy nie przestało czuć czegoś do Ian'a, a on skrywa coś o czym nigdy jej nie powiedział.


„Zraniłem ją i złamałem jej serce, ale ja kurwa zniszczyłem siebie w tym samym czasie. Nigdy o tym nie wiedziała.”



„Hold You Close” ma wątki, które uwielbiam w książkach, a połączone ze sobą tworzą dla mnie historię idealną: samotne wychowywanie dzieci, śmierć bliskiej osoby, od wrogów do kochanków.

Samą książkę czyta się bardzo szybko, i na końcu było mi bardzo szkoda, że to już koniec. Fabuła jest ciekawa, nie nudna i na pewno świetnie napisana. „Kto się czubi, ten się lubi” – myślę, że to powiedzenie w idealny sposób odzwierciedla relacje między głównymi bohaterami. Poza tym, fani dialogów z poczuciem humoru także znajdą tu coś dla siebie.


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu NieZwykłemu!


sobota, 13 kwietnia 2019

#94 "Magnat" - Katy Evans


Minęły prawie dwa tygodnie od ostatniej recenzji, i choć miałam ostatnio jakiś piśmienniczy zastój, to już do was wracam. Dziś opowiem co nieco o kolejnej książce autorstwa Katy Evas. „Magnat” to pierwsza część cyklu Manhattan i to, co już teraz mogę wam o niej powiedzieć to to, że okładka jest niczego sobie. Zobaczmy zatem jakie wrażenie wywarło na mnie wnętrze.



  


                                      Tytuł – „Magnat"
             (oryg.Tycoon)
           Autor – Katy Evans
      Tłumaczenie - Gabriela Iwasyk
          Wydawnictwo – Kobiece
            Liczba stron –288
          Wydanie pierwsze – 2019
         ISBN – 978-83-6623-412-3



Bryn Kelly i Aaric Christos znali się w dzieciństwie – ona była córką właścicieli sieci domów towarowych Kelly’s i od najmłodszych lat wiedziała, że to z nimi zwiążę swoją przyszłość, on był wszędzie pierwszy – gdy potrzebowałeś pomocy, gdy nikt nie chciał podjąć wyzwania na imprezach, nawet jego średnia ocen wybijała się na pierwsze miejsce.

Aaric był  zainteresowany Bryn, ale ona odrzucała jego zaloty.
Po śmierci matki chłopak wraz z bratem wyjechali w poszukiwaniu lepszego życia, ale Bryn nigdy nie zapomniała o nastolatku, który sprawiał, że jej serce biło odrobinę szybciej.


Od tamtych wydarzeń minęło dwanaście długich lat – lat w ciągu, których wiele się zmieniło. Bryn nie jest już spadkobierczynią rodzinnego interesu, bo po tragicznej śmierci rodziców i bankructwie firmy musiała zmienić swoje plany na przyszłość. Aaric Christos stał się za to szarą eminencją Nowego Jorku. Obrzydliwie bogaty, nieco zimny, mocno niedostępny… Taki obraz mężczyzny kreuję dorosły już Aaric. Uznawany za Midasa, który wszystko co dotknie zamienia w złoto, także projekty, którym nikt inny nie daje szans.

I właśnie to ostatnie sprawiło, że po przyjeździe do Nowego Jorku Bryn jest zdeterminowana, aby spotkać się z mężczyzną i przekonać go do inwestycji w jej biznesowy pomysł. Jest on dla naszej bohaterki ostatnią deską ratunku, po tym jak banki i inni przedsiębiorcy nie wyrazili zainteresowania do zainwestowania w jej start-up.

Czy spotkanie po latach będzie dziwne dla naszych bohaterów? Na pewno. Można też być pewnym, że biznes nie będzie jedyną rzeczą, która  zaprzątnie głowy zarówno Bryn jak i Aarica.

"Słyszę odgłos zbliżających się kroków, a małe włoski na ramionach stają mi na baczność. Odwracam głowę i widzę wchodzącą do pokoju wysoką, ciemną sylwetkę. Zbliża się do mnie najbardziej onieśmielający mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Porusza się, jakby był panem świata – idzie dumnym, spokojnym krokiem, roztacza wokół siebie aurę elegancji i siły.  
– Christos – słyszę swój własny, zdumiony szept. 
Jest teraz taki wysoki… ma co najmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów. Włosy ciemnoblond, złotozielone oczy, pięknie wyrzeźbiony podbródek i wspaniały profil. 
Ubrany jest na czarno, jak przystało na stuprocentowego nowojorczyka. 
(...)
Zmuszam się, żeby wstać: 
– Dziękuję, że zgodziłeś się ze mną spotkać. 
Zbliża się do baru i nalewa dwa drinki, następnie bez słowa podchodzi, siada naprzeciwko mnie w obitym skórą fotelu w kolorze whiskey i pochyla się, jednym palcem popychając w moją stronę szklaneczkę koniaku. 
Czeka. 
W milczeniu. 
Mój żołądek robi fikołka, całkiem jakby mężczyzna właśnie powiedział coś megaseksownego i trochę nieprzyzwoitego. 
– Pewnie mnie nie pamiętasz. Przepraszam, że tak się wprosiłam – zaczynam nerwowo. 
– O co chodzi? 
Na dźwięk jego głosu przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Pamiętam ten głos, choć teraz wydaje mi się o wiele głębszy. 
– Słyszałam, że czasami inwestujesz w start-upy. 
– „Czasami” to mało powiedziane. – Podnosi brwi, jakby chciał mi powiedzieć, że powinnam była lepiej się przygotować. 
(...) W ciszy, która zapadła, on uważnie mi się przygląda, po czym powoli odkłada drinka, pochyla się w moją stronę i nieoczekiwanie się uśmiecha. Do mnie. 
To tylko uśmiech. 
Ale pod jego wpływem świat drży w posadach. 
– Cześć, kruszynko. – Widzę w jego oczach ledwo dostrzegalny błysk rozbawienia, kiedy odchyla głowę i lustruje mnie spojrzeniem. – Myślałem, że podrosłaś trochę przez te ponad dziesięć lat, od kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Chociaż o kilka centymetrów."

Ostatnio mam „szczęście” do historii, które są miałkie i nijakie. „Magnat” jest dla mnie książką bez charakteru, taką jakich jest setki. Mam wrażenie, że jeśli za kilka miesięcy zapytalibyście mnie o imiona głównych bohaterów czy szczegóły fabuły to niestety nie będę w stanie wam odpowiedzieć. Jedyne co mi się w tej książce podoba to … okładka. Mało. Wiem.

Nie wiem z czego to wynika, bo autorka ma w swojej twórczości kilka innych i dużo lepszych historii, ale w tej nie zaprezentowała niczego więcej poza przeciętną historią i raczej przeciętnymi postaciami. Szkoda.


                                    Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                    Wydawnictwu Kobiecemu!

wtorek, 2 kwietnia 2019

#93 "Bez żalu" - Mia Sheridan


            W dzisiejszej recenzji słów kilka o najnowszej książce Mii Sheridan, która w połowie zeszłego miesiąca pojawiła się w polskich księgarniach. Od dobrych kilku lat, zaraz po Colleen Hoover, Sheridan była w czołówce moich ulubionych autorek jeśli chodzi o powieści z gatunku romans. Muszę jednak przyznać (i to z ciężkim sercem), że od jakiegoś czasu zaczynam zauważać u niej spadek formy. Przykładem takiej książki w moim odczuciu okazała się właśnie historia przedstawiona w „Bez żalu”. Już tłumaczę dlaczego.


  


                                  Tytuł – „Bez żalu"
         (oryg.More Than Words)
          Autor – Mia Sheridan
      Tłumaczenie - Grażyna Woźniak
     Wydawnictwo – Edipresse Książki
           Liczba stron – 331
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-8164-012-1



Kiedy jedenastolenia Jessica Creswell przechadzając się w pobliżu torów, niedaleko jej rodzinnego domu trafiła na opuszczony wagon pociągowy, nie spodziewała się, że wcale nie jest on taki opuszczony jakim się wydał.

Gdy dwunastoletni Callen Hayes skrył się w opuszczonym wagonie, przed fizyczną i psychiczną przemocą jakiej praktycznie każdego dnia doświadczał z rąk własnego ojca, nie spodziewał się, że nakryję go tam ktokolwiek, a już na pewno nie dziewczyna z bujną wyobraźnią i zamiłowaniem do nauki języka francuskiego.


Serdeczna więź i przyjaźń jaka połączyła dwójkę naszych bohaterów była niezwykła. Jessica uwielbiała opowiadać i czytać Callenowi różne historie, a on grywał jej na keyboardzie, który mu podarowała, gdy tylko zaintrygowała go kartka z nutami, którą chłopak znalazł w jej plecaku.

Jedno lato pełne spotkań w opuszczonym wagonie zakończyło się jednym pocałunkiem, po którym … Callen już nigdy nie pojawił się w ich kryjówce.

Dorosła już Jessica mieszka w Paryżu i jako absolwentka studiów romanistycznych ze specjalnością tłumaczenia ze starofrancuskiego marzy o pracy, która pozwoli doskonalić jej pasję do tego języka. Niestety póki co, musi zadowolić się bezpłatnymi stażami, a aby się utrzymać kelneruję w eleganckim paryskim barze hotelowym Lounge La Vue.

Właśnie tam nasza bohaterka spotyka swoją przeszłość, przeszłość w osobie Callena Hayesa, który teraz jest słynnym kompozytorem. On niestety jej nie poznaję, a mimo to ich przelotne spotkanie kończy się ... pocałunkiem.

Gdy po kilku tygodniach od tamtego spotkania nasza bohaterka wreszcie otrzymuję pracę marzeń, która wymaga miesięcznego wyjazdu do Doliny Loary, aby pomóc w tłumaczeniu dokumentów dotyczących słynnej Joanny d’Arc, nie spodziewa się, że w hotelu w którym została zakwaterowana, zatrzymał się także pewien cierpiący na brak weny twórczej i szukający natchnienia dobrze jej znany kompozytor.

       "– Dlaczego wtedy zniknąłeś? Dokąd wyjechałeś? – Pokręciłam głową z rezygnacją. Obiecałam sobie, że go o to nie zapytam, lecz słowa same wypłynęły z moich ust. Dorosły Callen ewidentnie był mną zainteresowany, ale pokochałam jego młodszą wersję, która mnie zostawiła. Musiałam się dowiedzieć, dlaczego to zrobił. (...) – Albo nie, nie mów mi. To i tak nie ma już znaczenia.  
         Zaczęłam iść, ale Callen delikatnie wziął mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. Spojrzałam w jego obwiedzione gęstymi rzęsami szare oczy, które tak dobrze znałam. Oczy przywodzące na myśl burze, cienie i godziny tuż przed świtem. Oczy, które pozostały takie same, choć prawie cała reszta się zmieniła.  
          – Naprawdę sądzisz, że to nie ma znaczenia, Jessie? – zapytał miękko, odgarniając mi za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z kucyka.  
            (...)  
          – Wymyślałam przeróżne historyjki o tym, co mogło cię spotkać. Że porwał cię cygański tabor albo szajka złodziei dla okupu… Tylko że byłam już wtedy za duża, żeby wierzyć w takie bajki, i w końcu musiałam się pogodzić z tym, że ze mną skończyłeś i uznałeś, że nie jestem warta nawet tego, by się ze mną pożegnać. – Że nasz pocałunek nic dla ciebie nie znaczył, chociaż dla mnie był wszystkim.  
          – Nie, Jessie, to nie tak – zaprzeczył głosem pełnym emocji. Żalu? Ponownie przeczesał palcami włosy i zapatrzył się w przestrzeń. – Prawdę mówiąc, postanowiłem więcej nie wracać. Po… po tamtym dniu dotarło do mnie… – Pokręcił głową, nie mogąc z siebie wydobyć wyjaśnienia, które tak rozpaczliwie pragnęłam wtedy usłyszeć i którego teraz tak bardzo się bałam. – Dotarło do mnie, jaki jestem samolubny, spędzając z tobą czas. Byłaś ładna, mądra i miałaś głowę pełną marzeń, a ja byłem nikim, Jessie. Zupełnie nikim."

Muszę przyznać, że widzę tu kolejny schemat: bohaterowie poznają się, coś lub ktoś ich rozdziela, spotykają się latach i orientują się, że coś do siebie czują. Ale tak już jest z książkami należącymi do nurtu tzw. second chance romance, czyli romansów w którym bohaterowie dostają drugą szansę na szczęście.

Szczerze mówiąc do połowy książki nie mogłam się wkręcić w całą historię. Brakowało jej polotu i czegoś co sprawi, że będę czytała ją z zapartym tchem. Wątek, który bardzo mi się spodobał to kwestia analfabetyzmu z którym zmaga się główny bohater i to jak ciężko mu z tym w codziennym życiu dorosłego człowieka.

Co do relacji miłosnej Callena i Jessie to niestety, ale nie kupiła mnie ona tak, jakbym tego oczekiwała po książce napisanej przez Mię. Sama nie potrafię wskazać co konkretnie do tego doprowadziło, ale nie mogłam się wczuć w ich miłość.

Uważam, że książkę warto przeczytać, a już na pewno powinni to zrobić fani autorki, choćby dlatego, aby samemu ocenić czy autorka faktycznie trochę spadła z pisarską formą, którą wg. można tu zauważyć.

I na koniec jeszcze jedno ALE, a mianowicie okładka. Nie wiem co grafik miał na myśli, ale jak para na motocyklu ma się do bohaterów "Bez żalu", to nie mam bladego pojęcia. Okładka, a historia w książce są jak z dwóch różnych bajek. Hmm...

                                    Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                              Wydawnictwu Edipresse Książki!

wtorek, 26 marca 2019

#92 "Słodki drań" - Penelope Ward/Vi Keeland


W dzisiejszej recenzji opowiem wam o kolejnej na polskim rynku wydawniczym książce duetu Penelope Ward/ Vi Keeland. Historią w „Słodkim draniu” autorki kolejny raz udowadniają, że chyba nie mają sobie równych w słodko-gorzkich romansach ze świetną fabułą, zabawnymi dialogami i fantastycznie sportretowanymi bohaterami. Ale po kolei…




                              Tytuł – „Słodki drań"
          (oryg.Cocky bastard)
    Autor – Penelope Ward/Vi Keeland
      Tłumaczenie - Edyta Stępkowska
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 294
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-2833-990-3



Główną bohaterką książki jest prawniczka Aubrey, która właśnie porzuciła zdradzającego ją faceta i pracę w Chicago, aby zacząć wszystko od nowa w słonecznej Kalifornii. Kobieta planowała spokojną, choć kilkunastogodzinną podróż samochodem. Nie planowała jednak, że w trakcie postoju na stacji benzynowej złapię gumę, a jedyną osobą, która zaproponuję jej pomoc, będzie ten sam przystojniak z australijskim akcentem, który zirytował ją przy kasie kiedy robiła zakupy. Chance obiecuję, że zmieni jej koło, ale … w zamian Aubrey podwiezie go do Kalifornii, do której kobieta i tak zmierza, bo pech chciał, że motocykl którym podróżował mężczyzna się popsuł. Nie mająca wyjścia Aubrey, niechętnie, ale przystaję na propozycję Chance’a. Jeszcze wtedy, żadne z naszych bohaterów nie ma najmniejszego pojęcia, że wspólna podróż będzie jednocześnie najlepszym i najgorszym co mogło im się przytrafić.


Jak szybko można polubić daną osobę? Ja szybko można zorientować się, że jest się zakochanym. Jak szybko można złamać czyjeś serce?


To, co miało trwać kilkanaście godzin, okazało się kilkudniową podróżą w trakcie której Aubrey i Chance zorientowali się, że mimo, iż z początku ich znajomość nie zaczęła się najlepiej, to z każdą mijającą w podroży chwilą, coś ich do siebie przyciąga – niczym magnes. Mężczyzna sam przyznaję się Aubrey, że czuję do niej niesamowity pociąg … ale nie podejmuję w tej kwestii żadnego kroku, aż do pewnego wieczoru kiedy nocując w Las Vegas pod wpływem zbyt dużej ilości alkoholu, biorą fałszywy ślub dla żartu, a ich noc poślubna okazuję się … całkiem prawdziwa.

"Trzy godziny później postanowiliśmy zakończyć podróż na dziś. Dochodziła północ i przejechaliśmy tyle, ile zaplanowałam, nawet mimo utraty paru godzin na zakup nowego koła.
     Kobieta w recepcji hotelu bawiła się telefonem i ledwie na nas spojrzała, gdy do niej podeszliśmy.
 
— Macie wolny pokój na jedną noc? — zapytał Chance. 
— Erhm… Potrzebujemy dwa pokoje — sprecyzowałam. 
— No coś ty? Myślałem, że weźmiemy pokój z dwoma łóżkami. 
— Nie będę z tobą dzielić pokoju. 
Wzruszył tylko ramionami. 
— Jak sobie chcesz. — I ponownie zwracając się do recepcjonistki, dodał tonem znawcy: — Boi się, że jeśli znajdziemy się razem w jednym pokoju, nie będzie w stanie utrzymać rąk przy sobie. — Po czy puścił do dziewczyny oko. I choć była ciemnoskóra, dostrzegłam rumieniec na jej policzkach."


A teraz postawcie się na miejscu Aubrey. Poznajecie fantastycznego faceta. Orientujecie się, że chyba się zakochałyście. Spędzacie z nim wspaniałą noc. Budzicie się następnego dnia, a po facecie ani śladu. Zniknął on, zniknęły wszystkie jego rzeczy, a wam zostało tylko złamane serce i … koza (dobrze czytacie – koza, ale aby dowiedzieć się skąd się wzięła, będziecie musieli skusić się na lekturę książki).


Czy po tym co spotkało Aburey, może ją jej się przytrafić coś gorszego? Tak. Gdy ten sam facet, który niknął pojawia się znowu w waszym życiu … po dwóch latach. Dwa lata!


To się robi nudne, ale ten autorski duet kolejny raz mnie zachwycił. Który to już raz z kolei? Nie wiem, ale wiem, że na pewno nie ostatni. Z każdą ich kolejną książką, kradną moje czytelniczce serce fabułą, która jest oryginalna, zabawna i niepowtarzalna. To, co stanowi dla mnie ogromną zaletę „Słodkiego drania”, to ciekawe charaktery i cechy jakie głównym bohaterom nadały same autorki.

Jeśli jesteście fanami twórczości Penelope Ward i Vi Keeland, to z czystym sercem  oddaje wam w ręcę ich kolejny książkowy hit. Jeśli dopiero rozpoczynacie przygodę z ich twórczością, to „Słodki drań” będzie idealnym początkiem dla waszego początku z piórem tego duetu.

Niech was nie zmyli ciacho na okładce i może odrobinę infantylny tytuł, bo historia ukryta we wnętrzu tej książki jest fantastyczna.


              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!