niedziela, 17 lutego 2019

#85 "Sponsor 2" - K.N. Haner


Weekend zakończymy w iście recenzenckim stylu. Długo wyczekiwany przez fanów twórczości K.N. Haner drugi tom serii „Sponsor” zadebiutował w tym tygodniu na półkach w księgarniach. Znając inne książki autorki, wiedziałam że droga do happy end’u głównych bohaterów, nie będzie ani łatwa ani prosta. Stawiałam na niebezpieczne zakręty, kręte uliczki oraz przyprawiające o szybsze tętno wyboje i … w dużym stopniu właśnie to otrzymałam.





                                  Tytuł – „Sponsor 2"
           Autor – K.N. Haner
        Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 416
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-2833-841-8



Jak wiemy, zakończenie pierwszego tomu historii Kaliny i Nathana jakie zafundowała swoim czytelnikom autorka sprawił, że czekanie na drugą część było istną torturą. Ale myślę, że to co zaserwowała nam K.N. Haner w kontynuacji „Sponsora” warte było tych kilku miesięcy oczekiwania.

W drugim tomie towarzyszymy Kalinie w trudnej drodze do odzyskania zdrowia, po tym jak wypadek pozostawił ją z urazem kręgosłupa, a w efekcie z paraliżem nóg. Dzięki pomocy swojego przyjaciela-fizjoterapeuty Ed’a, nasza bohaterka każdego dnia walczy o to, aby móc znów chodzić o własnych siłach. Nie jest to jednak takie proste, biorąc pod uwagę, że walczy ona nie tylko z fizycznym bólem i paraliżem, ale i ze złamanym sercem. I prawdę mówiąc, nie wiadomo co jest w tej sytuacji gorsze. 

Ciężka i wymagająca rehabilitacja oraz opieka na młodszą siostrą, to dwie rzeczy na których wszystkie swoje siły koncentruje teraz Kalina. Przypadkowe spotkanie mężczyzny, któremu oddała swoje serce może albo dodać jej siły, albo wręcz przeciwnie – pogrążyć w jeszcze większych odmętach złamanego serca.



"— Kalina! — powiedział głośno, bo ta już przekazała telefon siostrze. 
— Tak? — na szczęście dziewczyna usłyszała. 
— Ja wiem… Boże… Wiem, że nie powinienem, że… Ja pierdolę… Przepraszam za… 
— Przejdziesz do rzeczy? — jej ton stał się zimny, a to ostudziło skutecznie zapał Nathana. 
— Przepraszam… Za wszystko — wydukał. Poczuł łzy pod powiekami i musiał się rozłączyć. To było dla niego zbyt wiele. Nie powinien mówić jej tego przez telefon. Nie teraz. Nie tak. Tak naprawdę nawet tysiąc róż i wszystkie bogactwa świata nie były w stanie wynagrodzić jej tego, co zrobił."


Ogromnym plusem w tej historii są dla mnie pewne wątki, których kompletnie się nie spodziewałam. Na pewno nie jeden czytelnik będzie zaskoczony samym ich pojawieniem się, jak i tym w jaki sposób autorka je rozwiązała. Nie chcąc spojlerować tym, którzy lekturę książki mają jeszcze przed sobą, muszę przyznać, że przynajmniej w trzech momentach pomyślałam sobie – no nieźle, nieźle tego kompletnie nie przewidziałam (a nieskromnie dodam, że jestem dobra w książkowych przewidywaniach).

Drugi tom przynosi zdecydowanie więcej dramatów – jak to na królową dramatów (jak nazywana jest autorka) przystało. K.N. Haner nie ma w zwyczaju oszczędzania swoich bohaterów, bo kiedy już wydaje się, że ich losy zmierzają ku lepszemu, autorka funduje im jazdę na kolejce górskiej i to bez zabezpieczenia.

Cieszę się, że w odróżnieniu od pierwszego tomu, tutaj autorka zrezygnowała z tych samych fragmentów/dialogów napisanych zarówno z perspektywy Kaliny, jak i Nathana i to praktycznie w taki sam sposób. Ten zabieg był zupełnie niepotrzebny w pierwszej części. Na szczęście w drugim tomie, nie ma po tym zabiegu ani śladu.



                                 Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

środa, 6 lutego 2019

#84 "Amerykańska królowa" - Sierra Simone


Czas na recenzję książki, której lekturę w oryginale planowałam już od bardzo, bardzo dawna. Kiedy jednak okazało się, że Wydawnictwo kobiece planuję wydać ją w naszym kraju postanowiłam, że uzbroję się w cierpliwość i przeczytam ją na spokojnie w polskim tłumaczeniu. „Amerykańska królowa” autorstwa Sierry Simone rozpoczyna książkową trylogię New Camelot, która swoim głównym wątkiem romantycznym może zaszokować niejednego czytelnika. Ale po kolei.




 Tytuł – „Amerykańska królowa"
          (oryg.American Queen)
          Autor – Sierra Simone
     Tłumaczenie - Grzegorz Gołębski
          Wydawnictwo – Kobiece
            Liczba stron – 456
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-6560-149-0



Polityka była nieodłączną częścią życia Greer Galloway już od najmłodszych lat. Jako córka senatora i wnuczka byłego wice-prezydenta Stanów Zjednoczonych żyła  ze świadomością ważności otaczającego ją świata oraz spotykanych przy wielu uroczystych okazjach ludzi. Nie sądziła jednak, że jej życie także będzie blisko związane z tym jakże nieprzewidywalnym politycznym światem. Ona sama na pewno nie spodziewała się, że jej serce skradnie dwóch mężczyzn – mężczyzn, którzy będą najważniejsi nie tylko dla niej samej, ale i dla … całej Ameryki. Kochanie dwóch mężczyzn jednocześnie jest skomplikowane. Pożądanie dwóch mężczyzn jednocześnie jest pogmatwane. Ale jak pokręcona jest sytuacja, kiedy tymi mężczyznami jest dwóch przyjaciół, piastujących jedne z najważniejszych stanowisk politycznych na świecie – prezydenta i wice-prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki?

Greer w wieku szesnastu lat towarzysząc swojemu dziadkowi poznała młodego żołnierza - Maxena Ashley'a Colchestera i to z nim przeżyła swój pierwszy pocałunek. Mimo, iż na długi czas para traci ze sobą kontakt to dziewczyna nigdy nie zapomniała o mężczyźnie, którego spotkała tylko raz, a który wywarł na niej tak ogromne wrażenie. Mijają lata, a Ash jako bohater wojenny zostaje wybrany na stanowisko prezydenta USA. Jak się okazało mężczyzna nigdy nie zapomniał o Greer, a teraz chce odnowić z nią kontakt. W tym celu wysyła po nią swojego najlepszego przyjaciela i jednocześnie wice-prezydenta Embry'ego Moore'a. Nie wie jednak, że on i Greer już się znają.

Myślę, że „Amerykańska królowa” to historia z gatunku tych, które albo się kocha albo nienawidzi. Niektórzy mogą być zniesmaczeni, ale zapewne znajdzie się także sporo grono osób, które wkręcą się w tą jakże różniącą się od innych erotyków fabułę. 

W tej książce wątek romantyczny dotyczy trzech osób. Teoretycznie nic w tym zaskakującego, ponieważ w wielu romansach mamy do czynienia z sytuacjami gdy ich dwóch walczy o główną bohaterkę albo one dwie chcą zdobyć serce głównego bohatera. Ale nie tym razem. W tym wypadku mamy trzy osoby, które uwaga - kochają się wzajemnie. Tak, dobrze mnie zrozumieliście. Oni dwaj ją kochają, ona kocha ich obu i … oni dwaj także kochają się wzajemnie.



"I wtedy nagle, prowadzona przez dziadka nawą, widzę jego.   
Zaraz obok Asha, ciemnowłosy i szczupły, niebieskooki, obdarzony ustami stworzonymi do grzechu i przeprosin, czasem nawet w tej kolejności.   
Embry Moore – najlepszy przyjaciel Asha, jego drużba, jego partner do biegania…   
(...)  
Jesteśmy tylko my troje. Ash, poważny i potężny, Embry, udręczony i blady, i ja – ze śladami ugryzień na wnętrzach ud i z walącym sercem.   
Kiedy już niemal zbliżam się do ołtarza, widzę, że drużba również ma ślad ugryzienia na szyi, wystający znad kołnierzyka koszuli, świeży, czerwony i wielki.  
Dostrzegam również, że w kieszonce na poszetkę Ash, zamiast chusteczki, ma moje koronkowe majtki. Nikt inny nie domyśla się, co to jest, ale Ash obnosi się z nimi jak z trofeum. Ostatnim razem, gdy je widziałam, miał je w ręku Embry…"


Nie sądziłam, że taki wątek jest możliwy, ale w zasadzie w książce wszystko jest możliwe, a ogranicza nas tylko wyobraźnia autora. Trzeba przyznać, że Sierra Simone napisała zaskakującą i pokręconą historię.

Należy też wspomnieć, że w tej książce występuję wątek BDSM, który oczywiście nie jest przez wielu lubiany. Dość perwersyjne i erotyczne sceny mogę niektórych zniesmaczyć albo wręcz przeciwnie wciągnąć jeszcze głębiej w ten zawiły romantyczny labirynt.

W „Amerykańskiej królowej” mamy do czynienia z przeskokami w czasie, które z początku trochę mnie irytowały, ale im bardziej zagłębiałam się w całą fabułę tym bardziej łaknęłam tych przeskoków, aby dowiedzieć się jak przeszłość bohaterów wpłynęła na ich obecne życie. 

Powiem tak. Książka naprawdę mi się podobała. W romansach z trójkątami zazwyczaj opowiadamy się po którejś ze stron, a tutaj? Hmm ... popieram trójkąt? "Amerykańska królowa" kończy się świetnym cliffhangerem, który zdecydowanie intryguje i zachęca do sięgnięcia po kolejną część. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie każe nam długo czekać na "Amerykańskiego księcia".


                                Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                  Wydawnictwu Kobiecemu!

piątek, 25 stycznia 2019

#83 "Mieszkając z wrogiem" - Penelope Ward


Dziś małe co nieco dla fanów twórczości Penelope Ward, a mianowicie recenzja „Mieszkając z wrogiem”, która swoją polską premierę miała na początku tego miesiąca. Ta książka to jedna z nielicznych historii napisanych przez autorkę, której nie czytałam nawet w oryginale (co w przypadku moich ulubionych zagranicznych autorów do których należy także Penelope, zdarza się bardzo rzadko). Tym bardziej więc byłam niezwykle ciekawa tego, co zaserwuje nam w tym przypadku pani Ward.


 


Tytuł – „Mieszkając z wrogiem"
(oryg.RoomHate)
Autor – Penelope Ward
Tłumaczenie - Wojciech Białas
Wydawnictwo – EditioRed
Liczba stron – 314
Wydanie pierwsze – 2018
ISBN – 978-83-2833-936-1


Główną bohaterką historii jest dwudziestokilkuletnia Amelia Payne, która na co dzień jest nauczycielką w szkole w Providence i właśnie dowiedziała się, że jej ukochana babcia zapisała jej w spadku swój letni dom w którym dziewczyna dorastając spędzała praktycznie każde wakacje. Jest tylko jeden mały, malutki problem. Amelia nie odziedziczyła całego domu, ale jego połowę. Zapytacie zatem co z drugą połową? No cóż. Ona dostała się w ręce przeszłości Amelii – przeszłości pod postacią Justina Banksa.


Amelia i Justin dorastali razem mieszkając w tej samej okolicy, a biorąc pod uwagę, że babcia dziewczyny opiekowała się chłopcem kiedy jego rodzice byli w pracy, tych dwoje w miarę upływu czasu zaczęła łączyć naprawdę silna koleżeńska więź, aż do wydarzenia, które wpłynęło na nagłą decyzję Amelii o wyjeździe z rodzinnego miasta.


Teraz - czternaście lat później ona ma być współwłaścicielką domu właśnie z nim? Wiele może się wydarzyć kiedy wspomnienia powrócą, uczucia odżyją, a naszą bohaterkę zacznie przerażać wizja spotkania po tylu latach mężczyzny, do którego jak się z perspektywy czasu okazało czuła coś więcej niż zwykłą przyjaźń.

„— Wiesz, co teraz porabia?
— Nie, nigdy nie próbowałam szukać o nim żadnych informacji. Zawsze byłam zbyt wystraszona tym, czego mogłabym się dowiedzieć.
— W takim razie musimy to szybko nadrobić. (…)
— Chwilunia… Co zamierzasz zrobić?  (…)
— Sprawdzę go na Facebooku. Justin Banks… Tak się nazywa, prawda? I mieszka w Nowym Jorku?
— Nie patrzę. Nie jestem w stanie na to patrzeć. (…)
Tracy zaczęła czytać na głos informacje na temat różnych Justinów Banksów, które podrzucał jej Facebook. Żaden z przytaczanych przez nią opisów nie brzmiał znajomo, dopóki nie powiedziała: — Justin Banks, Nowy Jork, muzyk w zespole Just In Time Acoustic Guitar. (…)
— Jak powiedziałaś? Że co robi? — Gra w zespole Just In Time Acoustic Guitars. To ten? Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa, więc milczałam, przypominając sobie tę nazwę. Dokładnie takiego pseudonimu używał już jako dziecko, kiedy grał na gitarze, stojąc na rogu naszej ulicy. Just In Time.
— To on — przyznałam w końcu.
— O Boże, Amelia. (...)
— Co?
— On jest… cudowny. Absolutnie cudowny.
— Jezu. Nie mów mi takich rzeczy (…)
— Sama zobacz.
— Nie mogę.
Zanim zdążyłam ponownie odmówić, Tracy podsunęła mi swoją komórkę pod sam nos. Wzięłam ją od niej drżącymi rękami.
Słodki Jezu.
Po co w ogóle to oglądałam?”

Amelia podjęła jednak „męską decyzję” i pojechała do domu, który odziedziczyła, licząc po cichu, że ... Justin się tam w ogóle nie zjawi – w końcu nie skontaktował się z nią w żaden sposób, a na pewno dostał informację o spadku podobnie jak ona. Sielanka naszej bohaterki i korzystanie z pięknego domu i okolicy trwała zaledwie kilka tygodniu, bo Justin się zjawił, oczywiście, że się zjawił i to nie sam… ale ze swoją dziewczyną.

Mieszkanie pod jednym dachem z chłopakiem, do którego się coś czuje? Mamy to.
Słuchanie jak uprawia seks ze swoją dziewczyną? Odhaczone.
Informacja, że jesteś w ciąży ze swoim byłym chłopakiem z którym zerwałaś po tym jak cię zdradził?

Ale, że co? Wróć….

Tak, tak – to wszystko i jeszcze więcej dostaniecie w tej niepozornej trzystu-stronicowej historii.

Powiem tak. W tej książce nie ma nic odkrywczego jeśli chodzi o sam schemat – „enemies to lovers”. Plusem jest na pewno fakt, że książkę czyta się szybko i jest to taka historia na jeden dłuższy wieczór. Mimo, że Penelope należy do jednych z moich ulubionych autorek, to akurat ta książka wylądowała u mnie na tzn. średniej półce. Być może jest to kwestia tego, że była to jedna z pierwszych historii napisanych przez autorkę w jej karierze i w miarę następnych zdecydowanie poprawiła ona swój warsztat jak i same pomysły na książkowe fabuły.

Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie trochę razi - okładka. Wybaczcie EditioRed, ale w tym przypadku  stawiam na oryginał.

              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

piątek, 18 stycznia 2019

#82 "Milioner i bogini" - Vi Keeland/Penelope Ward


Weekend zaczynamy od recenzji historii, która na polskim rynku wydawniczym zadebiutowała zaledwie dwa dni temu, a więc to książkowa świeżynka. Nie muszę wam chyba przypominać, że Keeland/Ward jako autorski duet należy do grona moich ulubionych, więc nie miałam żadnych wątpliwości co do tego, że na pewno będę chciała opowiedzieć wam co nieco o ich najnowszej propozycji pod postacią „Milionera i bogini”.




 Tytuł – „Milioner i bogini"
         (oryg.Mister Moneybags)
     Autor – Vi Keeland/Penelope Ward
        Tłumaczenie - Marta Czub
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 280
        Wydanie pierwsze – 2018
        ISBN – 978-83-2833-997-2


Bianca George to piękna, młoda i inteligentna kobieta, która kiedyś pracowała na słynnym Wall Street, a obecnie związana jest z biznesowym magazynem Finance Times. Przeprowadzenie wywiadu z Dexterem Trittem to dla jej pracodawcy nie lada gratka, biorąc po uwagę że prezes Montague Enterprises jest nieuchwytny dla wszystkich. Mężczyzna nie udziela wywiadów, do prasy nie trafiają żadne jego zdjęcia, a on sam mocno strzeże swojej prywatności. Bianca sama zgłosiła się na ochotniczkę do tego zlecenia i miała ku temu ukryty motyw. Poza tym nie przepada ona za bogatymi i aroganckimi ludźmi, którzy wykorzystują swoją władzę i wpływy, a właśnie taki obraz Dextera Truitta uformował się w jej głowie.

W drodze na wywiad winda z naszą główną bohaterką w środku ma awarię. Jak się okazuje Bianca nie utknęła w windzie całkiem sama.


Dexter Truitt przejął po swoim ojcu firmę, którą ma zamiar prowadzić najlepiej jak tylko się da. Nieuczciwość jaką często kierował się starszy Truitt zarówno w interesach jak i w życiu prywatnym sprawiła, że jego syn nie zamierza być nigdy takim człowiekiem jakim był jego ojciec. Pewnego dnia naszego bohatera wracającego z siłowni do swojej firmy (które znajdują się w tym samym budynku) spotyka niecodzienna sytuacja. Awaria windy z piękną kobietą w środku nie jest chyba najgorszą rzeczą jaka może się przytrafić mężczyźnie - prawda? Zwłaszcza jeśli wspomniana kobieta jest także elokwentna, zabawna i całkiem intrygująca. Gorzej jeśli ta sama kobieta … z góry oświadcza, że jesteś zgryźliwym dupkiem. Czy ta sytuacja może być jeszcze gorsza? Oczywiście, że może. Bo kiedy Dex orientuje się, że Bianca go nie poznała, postanawia nie przyznawać się kim jest. Wręcz przeciwnie.

"- A pan to? 
Jak się nazywam?
Czy powinien jej powiedzieć, że wywiad z Krezusem zaczął się w chwili, w której wsiadła do windy, czy może powinienem udawać dalej i wcielić się w zwykłego kolesia, przed którym właśnie zaczęła się otwierać? Druga opcja zwiastowała dużo lepszą zabawę. 
Jak się nazywam? 
Jak się nazywam? 
Spojrzałem na list, który odebrałem rano po siłowni. Leżał na podłodze obok jej metalowych kulek. 
Koperta 
Marka kopert. 
Mead. 
Reed. 
Spojrzałem na drzwi windy. 
Drzwi. The Doors.
Jim Morrison 
Jim. 
James. 
Jay. 
Reed. 
Jay Reed. 
- Jay Reed. 
- Miło mi Jay."



Gdy awaria windy zostaje naprawiona Dexter (Jay) robi jedną, jedyną rzecz jaka wydaje mu się w tym momencie najkorzystniejszym dla niego rozwiązaniem. Zaprasza Biancę na śniadanie, kiedy ta skończy spotkanie (z nim samym), a on wysiada z windy na innym piętrze, dzwoni do swojej sekretarki i każe jej odwołać umówiony wywiad i poinformować Biancę, że odpowie na jej pytania e-mailem.

Poznany przypadkowo w windzie mężczyzna naprawdę cię zaintrygował, zjadłaś z nim śniadanie w parku, a potem świetnie bawiłaś się na randce. Super. Jest chemia i może szansa na coś więcej. Tylko, że ... przez kilka następnych wieczorów z rzędu przeprowadzasz odwołany wcześniej wywiad z pewnym prezesem i okazuje się, że nie jest on takim zadufanym człowiekiem, za jakiego go miałaś. A co gorsze ... jest chemia.

Czy mogą cię w równym stopniu intrygować dwaj mężczyźni?
Droga Bianco, mogą jeśli ... są tą samą osobą.

Mawiają, że kłamstwo ma krótkie nogi. W tym przypadku jedno kłamstwo, prowadzi do następnego, i nim Dexter (Jay) się orientuje, na jego koncie zbiera się ich całkiem pokaźna liczba.


Kolejna książka duetu Keeland/Ward i ... kolejny strzał w dziesiątkę. Czy te kobiety mogą coś źle napisać? Z doświadczenia wiem, że .. NIE. "Milioner i bogini" to świetna, zabawna, pełna gorącej chemii między bohaterami historia, którą czytelnik po prostu pożera. Uwielbiam styl autorek i to on w dużej mierze stoi za fenomenem pisanych przez nich książek i nie inaczej jest w tym przypadku. 

Dla mnie ta książka to 10/10.


             Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

wtorek, 15 stycznia 2019

#81 "Birthday Girl" - Penelope Douglas


W dzisiejszej recenzji na tapetę biorę najnowszą propozycję od Wydawnictwa Niezwykłego czyli „Birthday Girl” Penelope Douglas. Wystarczy przeczytać blurb książki, aby wiedzieć że historia w niej zawarta nie jest typowym romansem jakich wiele, pojawia się każdego miesiąca na rynku wydawniczym. Tutaj mamy do czynienia z ważnym elementem jakim jest znacząca różnica wieku między głównymi bohaterami, która uznawana jest często jako tabu w książkach. Jak autorka poradziła sobie z tą kwestią, która stanowi tak istotną część całej fabuły? O tym przeczytacie poniżej.


  


                 Tytuł – „Birthday Girl"
          (oryg.Birthday Girl)
        Autor – Penelope Douglas
       Tłumaczenie - Maciej Olbryś
        Wydawnictwo – NieZwykłe
           Liczba stron – 469
        Wydanie pierwsze – 2018
        ISBN – 978-83-7889-834-4



Główną bohaterką „Birthday Girl” jest dziewiętnastoletnia Jordan, która na co dzień studiuje architekturę krajobrazu oraz pracuje w barze Grounders. Mimo młodego wieku jest osobą bardzo pracowitą  i odpowiedzialną, która niezwykle poważnie podchodzi do życia. Pewnego wieczoru w dniu swoich urodzin, kiedy udało jej się wcześniej skończyć zmianę w pracy, nie może dodzwonić się do swojego chłopaka Cole’a, aby ten po nią przyjechał. Postanawia więc udać się do pobliskiego kina na seans filmowy. W sali kinowej jest tylko garstka ludzi, ale wśród nich Jordan poznaje Pike’a. Mężczyzna (bo na pewno nie można go nazwać chłopakiem) jest przystojny, ma tatuaże, a Jordan zdaje sobie sprawę, że jest od niej starszy. Jednak ta dwójka zarówno przed seansem, jak i w jego trakcie bardzo dobrze czuje się w swoim towarzystwie. Komentowanie filmu jak i zwykła rozmowa przychodzą im z niezwykłą łatwością, co przede wszystkim dla Jordan jest dużym zaskoczeniem.


"– Czas mija szybciej od wystrzelonej kuli, a strach podsuwa nam wymówki. Pragniemy ich, bo powstrzymują nas od zrobienia tego, co powinniśmy zrobić. Nie wątp w siebie, nie podważaj własnych decyzji i nie pozwól, aby strach cię przed czymś powstrzymał. Nie bądź leniwa. Nie rób niczego, opierając się tylko na tym, jak szczęśliwi będą przez to inni. Po prostu to zrób, dobrze?"


Jednak największe zaskoczenie ma dopiero nadejść.

Wyobraźcie sobie zaskoczenie naszych bohaterów, kiedy po skończonym filmie Jordan i Pike mają się pożegnać, a dziewczyna odbiera telefon od Cole’a. Połączenie zostaje przerwane, ale wystarczyła chwila, gdy jej towarzysz usłyszał jak Jordan wypowiada imię swojego chłopaka, aby zarówno Pike jak i Jordan zrozumieli kim są.

Pike okazuje się być ojcem Cole’a, z którym chłopak nie ma zbyt dobrego kontaktu.

Kiedy przez Cole’a, on i Jordan zostają zmuszeni do wyprowadzki z wynajmowanego przez nich mieszkania to właśnie … Pike przychodzi z pomocą i proponuję, aby zamieszkali w jego domu, dzięki czemu będą mogli odłożyć trochę pieniędzy nie płacąc za czynsz, a jedynie pomagając mu w prowadzeniu domu.

Stopniowo, bardzo stopniowo zarówno Jordan jak i Pike orientują się, że łatwość z jaką rozmawiało się im w kinie, wcale nie była jednorazowa i przypadkowa. Mieszkanie w tym samym miejscu, podobne zainteresowania i podejście do wielu spraw sprawiają, że oboje (choć każde w swojej głowie, bez ujawniania tego przed drugą osobą) orientują się, że ich relacja zaczyna przeradzać się w coś zakazanego.


„Birthday Girl” to przykład tego jak ze smakiem przedstawić relację, która w pierwszej chwili może wydawać się właśnie ... niesmaczna. Bo jak można w wysublimowany sposób napisać książkę w której dziewiętnastolatka zakochuje się w dwukrotnie od niej starszym mężczyźnie, który jednocześnie jest ojcem jej chłopaka? Otóż można.

I zanim zaczniecie oceniać naszych bohaterów i twierdzić, że w jakiś sposób zdradzili Cole'a jako chłopaka i syna, to uwierzcie mi kiedy wam piszę, że Cole nie był niewiniątkiem. On nie jest złym człowiekiem, ale z czasem zaczął olewać obowiązki, olewać samą Jordan, olewać  po prostu wszystko. Od początku czułam, że tych dwoje byłoby lepszymi przyjaciółmi niż parą.

W tej historii bardzo podobało mi się to, że relacja Jordan i Pike'a rozwijała się powoli i to, że tak naprawdę początkowo to ich (jakby to napisać) dusze się połączyły? Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że ta historia niesie ze sobą naukę – naukę, że różnica wieku między ludźmi nie powinna być, ani oceniana ani krytykowana przez innych ludzi, bo tylko tych dwoje wie, co ich łączy i że to uczucie jest prawdziwe. Czasem po prostu ludzie spotykają swoje bratnie dusze, a przy tym wiek okazuje się  być tylko liczbą, nic nieznaczącym elementem.


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu NieZwykłemu!