poniedziałek, 21 września 2020

#133 "Park Avenue" - Penelope Ward/Vi Keeland

    Duetu autorek Penelope Ward i Vi Keeland nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, a już na pewno nie fankom romansów. Ich książki to doskonałe połączenie chemii między głównymi bohaterami jak i dialogów pełnych świetnego humoru. Dzisiejsza recenzja to kolejny przykład tego, jak panie świetnie uzupełniają się w swojej pracy, pisząc w duecie. „Park Avenue” to wrześniowa premiera od wydawnictwa Editio Red, którą pochłonęłam w dwa dni, a o której opowiem wam więcej poniżej.




          Tytuł – „Park Avenue"
        (oryg.Park Avenue Player)
    Autor – Penelope Ward/Vi Keeland
     Tłumaczenie - Edyta Stępkowska
         Wydawnictwo – EditioRed
            Liczba stron – 400
         Wydanie pierwsze – 2020
        ISBN – 978-83-2836-3693-0


Elodie Atlier to piękna i bystra kobieta, dla której uroda jest jednocześnie błogosławieństwem jak i przekleństwem. Na co dzień jednak, to jak wygląda, pomaga jej w pracy. Zapytacie czym zatem zajmuję się nasza bohaterka? Nie, nie jest panią do towarzystwa. Firma, dla której od dwóch lat pracuję, świadczy usługi zbierania dowodów do spraw rozwodowych, a sama Elodie wspiera prywatnych detektywów w wywiadzie operacyjnym i obserwacji. Zajęcie to przez długi czas było idealną pracą dla naszej bohaterki, zwłaszcza że sama ma bardzo negatywny stosunek do zdradzających mężczyzn, po tym jak kilka miesięcy po ślubie nakrykła swojego męża z inną.


Czasem jednak warto zmienić coś w swoim życiu, a dla Elodie miała być to zmiana pracy. Kiedy w drodze na rozmowę o posadę niani, przytrafiła jej się samochodowa stłuczka, nie podejrzewała, że za konfrontację z zabójczo przystojnym kierowcą drugiego samochodu, przyjdzie jej jeszcze zapłacić. Kiedy nasza bohaterka wreszcie dotarła do celu, okazało się, że osoba poszukująca opiekunki dla swojej jedenastoletniej bratanicy z którą mieszka, to nie kto inny jak gbur z którym miała stłuczkę.


Tupet, cięty język Elodie, a przede wszystkim wcześniejsza samochodowa konfrontacja nie pomogły jej w trakcie rozmowy z Hollisem LaCroix, więc jej rozmowa kwalifikacyjna z góry skazana była na niepowodzenie. Nasza bohaterka nie ma jednak w zwyczaju tak łatwo się poddawać, zwłaszcza że kiedy wychodząc z biura swojego niedoszłego pracodawcy, zdążyła już poznać rezolutną Hailey – jego bratanicę, którą miałaby się zajmować.


Elodie wróciła zatem do biura Hollisa, a dzięki swojej upartości i darowi przekonywania udało jej się go namówić, aby dał jej szansę na udowodnienie, że nadaję się do tej pracy i będzie umiała dogadać się z Hailey.


Już po krótkim czasie Hollis zorientował się, że Elodie to najlepsze co mogło przytrafić się jego bratanicy. Problem w tym, że temperament i niezły charakterek kobiety zaczął go przyciągać i fascynować, a nie odpychać jak na początku. Kiedy dodać do tego urodę Elodie, mamy mieszankę wybuchową której ciężko oprzeć się Hollisowi.


Problem jednak w tym, że mężczyzna bardzo dawno temu sparzył się na związku z kobietą, która była miłością jego życia, więc od tamtego czasu wyrzekł się on jakichkolwiek głębszych relacji damsko-męskich. Po drugie Hollis za żadne skarby nie chcę, aby Hailey ucierpiała w razie gdyby jego ewentualna relacja z Elodie nie skończyła się dobrze. Jak to mówią – łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.


„Park Avenue” mogłoby być zwyczajnym romansem z dużą nutą humoru, jednak ta książka ma do zaoferownaia znacznie więcej niż się poczatkowo może wydawać. Nie zdradzę wam dlaczego ostatnie 100 stron książki zwyczajnie sobie przepłakałam, co rzadko zdarza się w przypadku powieści tych autorek. „Plot twistu” jaki serwują w tej historii Penelope i Vi, żaden czytelnik nie mógł chyba przewidzieć. Czasem po prostu przeszłość jednej osoby i teraźniejszość drugiej splatają się ze sobą w najmniej oczekiwany sposób.


Historia Hollisa i Elodie poza tą emocjonalną końcówką, ma w sobie także to, za co wszyscy kochają pióro duetu Keeland/Ward. Autorki są specjalistkami w tworzeniu relacji hate/love i ta jest tu świetnie przedstawiona. Poza tym postać drugoplanowa w osobie jedenastoletniej Hailey jest nietuzinkowa i na pewno skradnie wasze serca.


                               Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

piątek, 4 września 2020

#132 "Kochaj albo jedź" - Penny Reid


      Czas na recenzję książki, która totalnie mnie … zauroczyła. Penny Reid to autorka, której twórczości do tej pory nie miałam okazji poznać, więc kiedy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i Sk-a otrzymałam egzemplarz „Kochaj albo jedź” z przyjemnością i zaciekawieniem zasiadłam do lektury. Okładka – bardzo nietypowa jeśli chodzi o książkowy romans, tylko podgrzała mój apetyt na zawartość historii.


 


        Tytuł – „Kochaj albo jedź"
          (oryg. Truth or Beard)
            Autor – Penny Reid
        Tłumaczenie - Danuta Górska
      Wydawnictwo – Prószyńska i Sk-a
            Liczba stron – 512
         Wydanie pierwsze – 2020
         ISBN – 978-83-8169-316-5


Główną bohaterką książki jest dwudziestodwuletnia Jessica James, która po czterech latach studiów wróciła do rodzinnego Green Valey, aby uczyć rozszerzonej matematyki w miejscowej szkole. Dziewczyna nie zamierza jednak zostać tutaj na stałe, a jedynie na jakiś czas, dopóki nie zdobędzie doświadczenia w pracy i nie odłoży wystarczająco pieniędzy, aby spłacić kredyty studenckie. Jessica to osoba, której największym marzeniem są podróże i poznawanie świata, dlatego pobyt w Green Valey to jej tymczasowy przystanek w życiu, a dzięki mieszkaniu z rodzicami i bratem może zaoszczędzić sporo gotówki na swoje przyszłe wojaże.

Powrót Jessiki w rodzinne strony oznacza powrót do tego co znała, do miejsc, które codziennie odwiedzała, jak również do ludzi, którzy byli jej bliscy. I właśnie to ostatnie okaże się dla dziewczyny największym wyzwaniem i zaskoczeniem.

Dzieciństwo i nastoletnie lata naszej bohaterki wypełnione były fascynacją Beau Winstonem – chłopakiem, który był szczenięca miłością Jessiki. Przystojny, wysoki mężczyzna miał nie tylko pociągający wygląd, ale był także towarzyski, życzliwy, pomocny i miły – co ważne był dla dziewczyny kimś w rodzaju bohatera przy którym dosłownie odejmowało jej mowę. Te cechy odróżniały go od jego brata bliźniaka Duane'a, który przez całe dzieciństwo robił Jessice psikusy (nie, żeby ona była mu dłużna), poza tym – nadąsanie i humorzastość stanowiły jego drugie imię.

Beau nigdy jednak nie wykonał żadnego ruchu w kierunku nastoletniej Jessiki, a ona nigdy nie przyznała mu się bezpośrednio do swoich uczuć względem niego.

Nasza bohaterka nie mogła przypuszczać, że powrót w rodzinne strony, a zwłaszcza udział w imprezie z okazji Halloween kompletnie namieszają w jej głowie i uświadomią, że może miała słabość nie do tego brata co trzeba.

Ciężko myśleć jasno kiedy facet, o którym marzyłaś całe nastoletnie lata zaciąga cię za kulisy imprezy, całuję bez opamiętania i dotyka cię tak, że myślisz, że oszalejesz. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy uświadamiasz sobie, że … robisz to wszystko nie z tym bliźniakiem co myślałaś.


Zrobił krok do przodu, jakby coś go do mnie przyciągało, i potknął się jak zamroczony. Słowa wylały się z jego ust: -Jessico, nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz...kurwa mać...ale pragnę cię, zawsze cię pragnąłem, tylko nie mogę tego zrobić, jeżeli nie wiesz... 
- Duane, ty głąbie! Jesteś tam? - rozległ się męski głos z lewej strony, a tuż po nim czyjeś kroki na schodach. 
Wytrzeszczyłam oczy. 
Szczęka mi opadła. 
Oddech uwiązł mi w gardle. 
A głowa odwróciła się jak na zawiasach w stronę przybysza. Nie dlatego, że przestraszyłam się, że zostanę przyłapana na gorącym uczynku, wcale nie. Przyczyną szoku był zbliżający się głos. Głos Beau. 
- Jesteś tam? - Kroki zwolniły, potem ucichły. Beau jeszcze raz zawołał: - Czy mam...ee, potrzebujesz trochę prywatności? 
Wzdrygnęłam się, kiedy świadomość z całą mocą walnęła mnie w żołądek. Lodowaty prysznic rzeczywistości zgasił wszelkie gorące spojrzenia i gorące uczucia. Zrobiło mi się zimno. Bardzo, bardzo zimno. Ponownie popatrzyłam na mężczyznę moich marzeń. Tylko, że to nie był on. Mój towarzysz z całą  pewnością nie był Beau Winstonem – bohaterem, najlepszym człowiekiem na świecie. Nie, nie, nie. To nie był Beau. To był Duane.

Z upływem czasu Jessica zaczyna zdawać sobie sprawę, że przez wiele lat żyła z obsesją na punkcie złego brata, i to Duane jest tym, który sprawia, że jej serce bije jak szalone. Dziewczyna nie ma pojęcia, że chłopak od zawsze był zakochany w dziewczynie, a jej powrót uświadomił mu że teraz nie może wypuścić jej z rąk. Problem w tym, że o ile mężczyzna pragnie zaangażować się w stały związek i planować ich wspólną przyszłość tu na miejscu, Jessica od zawsze miała jeden plan – zostać w Green Valey maksymalnie dwa lata, a potem zwiedzać świat. Ona nie planowała żadnych zobowiązań, niczego co miałoby ją przywiązać do jednego miejsca. Czy dwie osoby o dwóch różnych planach na przyszłość mogą znaleźć złoty środek i kompromis?

„Kochaj albo jedź” to historia, która w jakiś tajemniczy sposób mnie zauroczyła. Prosty język, prości bohaterowie i prosta fabuła. Czy słowo proste oznacza nudna? Absolutnie nie. Penny Reid okazała się autorką, która ma po prostu szczególny dar do pisania i tworzenia historii. „Kochaj albo jedź” kupiło mnie w stu procentach. Fajna relacja między głównymi bohaterami, przeplatana docinkami i żartami sprawiła, że część romantyczna była urocza. Wątek, który bardzo rzadko pojawia się w tego typu książkach tzn. gdy to mężczyzna jest tym, który chcę się zaangażować w związek, a kobieta nie planuję się w żaden sposób ustatkować wniósł powiew świeżości do fabuły. Mamy tu też odrobinę wątków kryminalnych, dzięki miejscowemu klubowi motocyklowemu, który odrobinę namiesza w życiu bohaterów, zwłaszcza braci Winston.

Plusem „Kochaj albo jedź” są także postaci drugoplanowe zwłaszcza pozostali bracia Duane'a i Beau. Nie wspominałam do tej pory, ale tych dwóch ma jeszcze pięcioro rodzeństwa, w tym czworo braci. Każdy z nich jest inny, ale wszyscy mieszkają razem w jednym domu. Silna więc jaka ich łączy oraz humor z jakim się do siebie odnoszą stanowią bez wątpienia wielki atut książki. Warto zaznaczyć, że „Kochaj albo jedź” to pierwsza książka w serii Brodacze i już dosłownie przebieram nogami, żeby w następnych częściach poznać bliżej każdego z braci, którym będą poświęcone dalsze książki.

Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Prószyński i Sk-a!

sobota, 22 sierpnia 2020

#131 "Take" - Ella Frank


      W sobotnie popołudnie chciałabym zaprosić was do lektury recenzji „Take” autorstwa Elli Frank. Książka jest kontynuacją „Try”, więc jeśli jeszcze nie mieliście okazji po nią sięgnąć, to jest to idealny moment, aby nadrobić zaległości. Bardzo lubię gyd pisarze we właściwy sposób poruszają wątki LGBT w swojej twórczości, a Ella Frank umie robić to w naprawdę świetny sposób. Jak wypadło ponowne spotkanie z bohaterami mojej ulubionej serii z gatunku romansów M/M ?





             Tytuł – „Take"
             (oryg. Take)
          Autor – Ella Frank
   Tłumaczenie - Gabriela Jakubowska
         Wydawnictwo – Kobiece
           Liczba stron – 292
        Wydanie pierwsze – 2020
        ISBN – 978-83-6661-122-1



Prawnika Logana Mitchella i barmana Tate'a Morrisona, których mieliśmy okazję poznać w „Try” połączyło coś czego żaden z nich nie przewidział. „Take” to kontynuacja relacji głównych bohaterów oraz tego jak ta znajomość wpłynie na ich bliskich.


Do Logana zaczyna powoli docierać, że latami stroniący od jakiegokolwiek głębszego zaangażowania z drugą osobą, spotkał wreszcie na swojej drodze człowieka, który wywołuje w nim pragnienie jakiegoś rodzaju stabilizacji, a przede wszystkim monogamii. Dla Tate'a, który wcześniej był heteroseksualny, a teraz czuje pociąg nie tylko fizyczny, ale i psychiczny do mężczyzny sytuacja jet dużo trudniejsza. Mimo rozterek i wątpliwości, wie on jedno – nigdy nie czuł się tak dobrze jak w towarzystwie Logana.


Poznanie bliskich partnera to zawsze stresujący moment. Wieczór gier na jaki zaprosił Logana i Tate'a, brat tego pierwszego wypadł naprawdę świetnie. Tate bardzo polubił Cole'a, jego żonę Rachel i ich znajomych, bo nie czuł się przez nich w żaden sposób oceniany, a oni byli szczęśliwi, że Logan wreszcie znalazł kogoś, kto go uzupełnia.

Najtrudniejsze wyzwanie było jednak dopiero przed naszymi bohaterami. Kiedy w „Try” Jill i Diana, czyli siostra i była żona Tate'a nakryły naszych bohaterów w dwuznacznej sytuacji, kwestią czasu było, aż obie pobiegną z tymi rewelacjami do rodziców Tate'a. Nasz bohater wychowywany w katolickiej rodzinie, był świadomy tego, iż zarówno jego matka jak i ojciec, nie zareagują dobrze na fakt, iż ich syn spotyka się z mężczyzną – chyba jednak nawet on nie spodziewał się jadu, który wypłynie z ust obojga.

- Powiedziałam ci, żebyś go tu nie przyprowadzał – rzuciła ze złością, zaciskając dłonie w pięści. 
  Wow. 
- On ma na imię Logan. 
Nawet nie wysiliła się na kolejne spojrzenie w jego stronę. Zamiast tego powiedziała głosem tak zimnym, że Logan zdziwił się, że Tate nie zmienił się w ludzki sopel. 
- Nie obchodzi mnie, jak ma na imię. 
- Mamo! - krzyknął Tate, wyraźnie zszokowany jej chamstwem. 
  (…) 
- Jak śmiesz tak do mnie mówić? 
- Ja? To ty się zachowujesz, jakbym przyprowadził tu mordercę – rzucił Tate, a Logan dostrzegł, że mężczyzna zaciska dłonie w pięści. 
Gwałtownie odwróciła głowę do syna i stwierdziła: 
- Nie byłoby wielkiej różnicy. 
- Co ty powiedziałaś? - zapytał z gniewem Tate. 
- Nie chcę go w moim domu. Zabrał mi to, co niegdyś było dobre i czyste, i … 
- I co? - wybuchł w końcu Tate. - Co takiego zrobił mnie, twojemu dobremu i czystemu synowi? Mam prawie trzydzieści lat, do jasnej cholery! Jestem w separacji, bo poślubiłem kobietę, która się znudziła i znalazła sobie innego, kiedy jak pracowałem na dwa etaty. A jednak to ona nadal siedzi obok was w kościele i przychodzi do was na pierdolony lunch. 
  (…) 
- Wyjdź. 
  (…) 
- Słucham? - zapytał Tate. 
- Powiedziałam: wyjdź. Wynoś się z mojego domu.



Sytuacja z rodziną Tate'a nie wpłynęła dobrze na relację między mężczyznami, a to z kolei wywołało jeszcze więcej wątpliwości co do sensu ich związku. Czy zatem gra jest warta świeczki? Czy Tate dla własnego szczęścia poświęci kontakty z jedyną rodziną jaką ma? I co do tego wszystkiego ma przeszłość Logana, której wyjawienia Tate'owi tak bardzo się obawia, a która miała duży wpływ na to, dlaczego latami nie angażował się w żaden monogamiczny związek.


„Take” to moim zdaniem świetna kontynuacja serii, dzięki której jeszcze lepiej poznajemy charaktery bohaterów. Najlepsze jest to, że mimo tak skrajnie różnych osób jakimi są Logan i Tate, coś ich do siebie przyciągnęło na tyle mocno, że za cholerę nie chciało odejść. I bardzo dobrze. Prawdą jest zatem to, że przeciwieństwa się przyciągają.

Czytelnik powinien się przygotować na spora dawkę scen erotycznych i pożądania kipiącego z każdej strony. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, aczkolwiek osoba, której jest to pierwsze spotkanie z romansem M/M może być odrobinę przytłoczona. Jak większość książek z wątkiem LGBT, tak i tu mamy do czynienia z samoakceptacją przez jednego z bohaterów własnej orientacji seksualnej. Sytuacja z rodzicami Tate'a przedstawiona przez Ellę Frank, równie dobrze mogłaby być prawdziwą sceną z życia. Zdaję sobie sprawę że niestety spora część ojców i matek właśnie tak reaguję w trakcie rozmowy ze swoimi dziećmi, kiedy te zdenerwowane i niepewne przyznają się, że kochają lub czują coś do osoby tej samej płci.

Czy ma znaczenie kogo kocha druga osoba, jeśli jest dzięki temu szczęśliwa? Absolutnie żadnego. Taki właśnie morał powinna nieść za sobą ta historia.



Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Kobiecemu!

sobota, 15 sierpnia 2020

#130 "Boss of me" - Tia Louise


        Nie będę ukrywać, że książki z motywem biurowego romansu należą do jednych z moich ulubionych. Zaczęło się chyba od „Pięknego Drania” Christiny Lauren i „Zaplątanych” Emmy Chase. Dziś zapraszam na recenzję powieści zagranicznej autorki, która dopiero debiutuję na polskim rynku wydawniczym. Jeśli jesteście ciekawi czy „Boss of me” Tii Louise wpadło do moich biurowo-romansowych ulubieńców rzućcie okiem na poniższą recenzję.




          Tytuł – „Boss of me"
            (oryg.Boss of me)
          Autor – Tia Louise
   Tłumaczenie - Sylwia Gołofit-Lenda
         Wydawnictwo – NieZwykłe
           Liczba stron – 288
        Wydanie pierwsze – 2020
        ISBN – 978-83-8178-364-4



Główną bohaterką książki jest Raquel Morgan, która z jeszcze ciepłym dyplomem MBA w dłoni ma zacząć pracę we Fletcher International, Inc. - jednej z najlepszych agencji pośrednictwa wynajmu nieruchomości komercyjnych. Nasza bohaterka tuż przed swoim pierwszym dniem pracy dostała kilka rad od swojej siostry Renee, która kiedyś odbywała staż w księgowości we wspomnianej firmie. Zaprzyjaźnij się z Sandrą, nie zadawaj zbyt wielu pytań, nie pozwól sobą pomiatać, nigdy nie ubieraj się na czarno – ups za poźno, bo Renee przekazała Raquel tą radę, kiedy ta była już w windzie FII ubrana w czarny żakiet i spodnie - tak brzmiały rady. Najważniejsza z nich miała być teoretycznie najłatwiejsza w przestrzeganiu – nie zakochaj się w Pattonie Fletcherze. Jednak teoria nie zawsze sprawdza się w praktyce, o czym Raquel będzie miała szansę się już wkrótce przekonać.

Już pierwszego dnia w pracy nasza bohaterka na własnej skórze doświadczyła, że jej siostra wcale nie żartowała, a właściciel Fletcher International Inc. to po prostu typ, którego lepiej nie drażnić.


– Wybierasz się na pogrzeb?

  Jego sarkazm wywołuje we mnie złość. Jednak uśmiech nie schodzi mi z ust.Pamiętam, co powtarzała mi Renée, moją mantrę – pracuję w jednej z najlepszych firm w Nashville. Słyszałam, że to bardzo profesjonalne miejsce.
  Kącik jego ust drga – nie wiem, czy to kiełkujący uśmiech, czy grymas. Przez chwilę myślę tylko o jego pełnych wargach, ale przeganiam tę myśl. Patton Fletcher
mnie sprawdza, tak jak uprzedzała mnie siostra. Nie obejdzie się bez walki, ale nie mam zamiaru się wycofać.
– Następnym razem wybierz coś kolorowego. Zależy nam, żeby nasi klienci wynieśli pozytywne wrażenia ze współpracy z nami, nie depresję.
Gbur!


Raquel nie zamierzała jednak dawać tak łatwo sobą pomiatać i podporządkowywać się bezgranicznie szefowi, a chcąc udowodnić swoją wartość musiała być twarda i pokazać, że nie zatrudniono ją w jednej z najlepszych agencji nieruchomości przypadkiem.

Poza tym Raquel miała pewien ukryty motyw, jeśli chodzi o pracę w firmie Fletchera. Chciała dowiedzieć się dlaczego jej siostra, która kiedyś była ambitna i cieszyła się ze stażu w FII nagle rzuciła pracę i wyjechała na drugi koniec kraju.


„Boss of me” to historia, która ma swoje zalety, ale niestety muszę przyznać, że w mojej ocenie nie obędzie się bez kilku przytyków.

Po zapowiedziach przedpremierowych w których zapewniano, że „Boss of me” to relacja „hate-love” pełną gębą, a szef to prawdziwy dupek z piekła rodem byłam gotowa na pełną pasji powieść w której będę miała ochotę ukręcić łeb głównemu bohaterowi. Czy tak się właśnie stało? Niestety, ale nie. Zabrakło mi tu prawdziwej nienawiści między bohaterami, scen w których iskry przeskakujące między Raquel, a Pattonem czułabym ja sama od samego czytania. Fakt, że książka ma niecałe 300 stron, wpłynął negatywnie na fabułę przez co autorka miała mało miejsca i czasu na skupienie się na charakterach i osobowościach postaci zarówno tych pierwszoplanowych, jak i tych pobocznych. Gdyby Tia Louise skupiła się w większej mierze na szczegółach, a nie powierzchowności historii, to książka byłaby dużo bardziej wciągająca i ciekawsza.

Kończąc książkę miałam nieodparte wrażenie, że akcja pędzi na złamanie karku. To tak jakby maratończyk na ostatnich 100 metrach chodu zaczął biec niczym sprinter.


Autorka poruszyła w książce (co mnie pozytywnie zaskoczyło) tematykę stresu pourazowego związanego z byciem w wojsku i dramatycznych przeżyciach, których doświadczają żołnierze, a przez które już nigdy nie będą tymi samymi ludźmi co przed misjami. Warto też zwrócić uwagę na silną więź jaka łączy głównego bohatera z jego przyjaciółmi z wojska z którymi obecnie prowadzi firmę. Myślę, że przyjaźń taka jak Fletchera, Marleya i Tarona zdarza się bardzo rzadko.


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu NieZwykłemu!

środa, 5 sierpnia 2020

#129 "Falling Fast" - Bianca Iosivoni


       Ludzie mawiają, żeby nie oceniać książki po okładce, ale biorąc pod uwagę jaką okładkową sroką jestem to przyznam, że trudno było mi przejść obojętnie przed możliwością otrzymania i zrecenzowania lipcowej nowości od Wydawnictwa Jaguar. Fioletowo-złota grafika „Falling Fast” autorstwa Bianki Iosivoni skradła moje serce już na starcie. Byłam jednak bardziej ciekawa, czy moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki skradnie także moją duszę i umysł.






         Tytuł – „Falling Fast"
          (oryg.Falling Fast)
         Autor – Bianca Iosivoni
    Tłumaczenie - Joanna Słowikowska
          Wydawnictwo – Jaguar
            Liczba stron – 384
         Wydanie pierwsze – 2020
         ISBN – 978-83-7686-900-1



Zastanówcie się przez moment. Czy będąc młodą, ładną i dwudziestojednoletnią dziewczyną odważylibyście się wyruszyć w samotną podróż przez Stany Zjednoczone? Ja chyba nie. Ale oporów takich nie miała Hailee DeLuca - bohaterka „Falling Fast”. Kiedy nasza bohaterka wyruszała w drogę nie miała żadnych konkretnych planów poza dwoma – byciem odważną robiąc rzeczy na które w normalnych okolicznościach na pewno by się nie zdecydowała oraz zakończeniem swojej podróży przy latarni Old Point Loma w San Diego, gdzie miała spotkać się ze swoją siostrą bliźniczką.

Kiedy po dwóch miesiącach w trasie Hailee nieświadomie (a może świadomie?) trafia w okolice Fairwood w Wirginii wie, że może to znak - znak pewnych niedokończonych spraw. Wizyta na miejskim cmentarzu ma stanowić dla naszej bohaterki ostatnie pożegnanie – pożegnanie z osobą, której nigdy nie spotkała w cztery oczy, ale z którą prze cały rok korespondowała online i wymieniała się wiadomościami głosowymi. Poznanie Jespera Harringtona w sieci było dla Hailee jak i dla chłopaka możliwością wymiany zdań i oceniania siebie nawzajem, pod względem pisania, które było pasją obojga. Kiedy na początku roku Jesper przestał odpowiadać na wiadomości Haille, nie miała ona pojęcia co się stało. Pewnego dnia za to otrzymała druzgocącą informację o dacie pogrzebu … Jespera.


"Wolno przykucam. Kamień jest tak rozgrzany, jak gdyby zmagazynował w sobie całe ciepło tego lata. Ostrożnie przeciągam palcami po literach i liczbach.

  Jesper Harrington. Kochający syn i dobry przyjaciel.                            16.08.1998-27.02.2019

Jego niespodziewana śmierć była dla niej szokiem, bo straciła jedyną osobę z którą dzieliła się swoja pasją.

Dłuższy pobyt w Fairwood nigdy nie był w planach Hailee, ale awaria samochodu nie dała jej większego wyboru. Na szczęście znalezienie dachu nad głową i chwilowej pracy stało się możliwe dzięki Beth - właścicielce miejscowej restauracji.


Hailee nie spodziewa się, że nieplanowany postój w mieści umożliwi jej poznanie wielu ludzi, którzy dobrze znali Jespera, w tym jego najlepszego przyjaciela Chase'a Whittakera, o którym nasza bohaterka nie ma dobrego zdania, biorąc pod uwagę to czego się o nim dowiedziała od Jespera, kiedy ten jeszcze żył.

Nasza bohaterka dowiaduję się jednak czegoś co nią mocno wstrząsa. Do tej pory Hailee była przekonana, że śmierć Jespera nastąpiła w wyniku wypadku, ale prawda okazała się dużo trudniejsza. Jej internetowy przyjaciel od dziecka chorował na mukowiscydozę, o czym jednak nigdy nie powiedział dziewczynie.


W miarę upływu czasu początkowa niechęć głównych bohaterów zmienia się we wzajemne zauroczenie. Hailee zdradza także Chase'owi, że ma pewna listę rzeczy, które chciałaby zrobić tego lata, a on oferuję jej w tym pomóc.


„Falling Fast” to powieść, która czaruje swoją nienachalnością, a akcja toczy się powoli i swobodnie. Choć być może początkowo odrobinę trudno było mi się „rozpędzić” z czytaniem, to później było już dużo lepiej. Główna męska postać w osobie Chase'a skradła mi serce swoją dojrzałością, urokiem i charakterem. Przekonacie się jednak w trakcie lektury książki (zwłaszcza rozdziałów pisanych z perspektywy Chase'a), że chłopak choć z zewnątrz może wdawać się szczęśliwy, to w środku wręcz się dusi. Duszą go ambicje ojca i wuja – z wykształcenia architektów, którzy prowadzą dużą firmę, przez co przyszłość Chase'a została określona praktycznie od dzieciństwa – najpierw studia architektoniczne, a potem praca w rodzinnej spółce. Możecie się domyślić, że Chase choć studiuje wspomniany kierunek, to jednak nigdy nie przyznał się nikomu (poza Jesperem), że nie chcę dla siebie takiego życia, tych studiów i tej pracy.


Im bliżej końca książki byłam, tym bardziej zaczynałam się zastanawiać gdzie w tej pięknej historii jest haczyk. Czułam gdzieś podświadomie, że coś jest na rzeczy. I wiecie co, nie przewidziałam, że to właśnie będzie TO. Nigdy w życiu nie zdradzę, wam jak kończy się „Falling Fast”, ale powinniście się przygotować na mały szok. I jeszcze jedno – polały się łzy. Moje łzy.


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Jaguar!