wtorek, 2 kwietnia 2019

#93 "Bez żalu" - Mia Sheridan


            W dzisiejszej recenzji słów kilka o najnowszej książce Mii Sheridan, która w połowie zeszłego miesiąca pojawiła się w polskich księgarniach. Od dobrych kilku lat, zaraz po Colleen Hoover, Sheridan była w czołówce moich ulubionych autorek jeśli chodzi o powieści z gatunku romans. Muszę jednak przyznać (i to z ciężkim sercem), że od jakiegoś czasu zaczynam zauważać u niej spadek formy. Przykładem takiej książki w moim odczuciu okazała się właśnie historia przedstawiona w „Bez żalu”. Już tłumaczę dlaczego.


  


                                  Tytuł – „Bez żalu"
         (oryg.More Than Words)
          Autor – Mia Sheridan
      Tłumaczenie - Grażyna Woźniak
     Wydawnictwo – Edipresse Książki
           Liczba stron – 331
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-8164-012-1



Kiedy jedenastolenia Jessica Creswell przechadzając się w pobliżu torów, niedaleko jej rodzinnego domu trafiła na opuszczony wagon pociągowy, nie spodziewała się, że wcale nie jest on taki opuszczony jakim się wydał.

Gdy dwunastoletni Callen Hayes skrył się w opuszczonym wagonie, przed fizyczną i psychiczną przemocą jakiej praktycznie każdego dnia doświadczał z rąk własnego ojca, nie spodziewał się, że nakryję go tam ktokolwiek, a już na pewno nie dziewczyna z bujną wyobraźnią i zamiłowaniem do nauki języka francuskiego.


Serdeczna więź i przyjaźń jaka połączyła dwójkę naszych bohaterów była niezwykła. Jessica uwielbiała opowiadać i czytać Callenowi różne historie, a on grywał jej na keyboardzie, który mu podarowała, gdy tylko zaintrygowała go kartka z nutami, którą chłopak znalazł w jej plecaku.

Jedno lato pełne spotkań w opuszczonym wagonie zakończyło się jednym pocałunkiem, po którym … Callen już nigdy nie pojawił się w ich kryjówce.

Dorosła już Jessica mieszka w Paryżu i jako absolwentka studiów romanistycznych ze specjalnością tłumaczenia ze starofrancuskiego marzy o pracy, która pozwoli doskonalić jej pasję do tego języka. Niestety póki co, musi zadowolić się bezpłatnymi stażami, a aby się utrzymać kelneruję w eleganckim paryskim barze hotelowym Lounge La Vue.

Właśnie tam nasza bohaterka spotyka swoją przeszłość, przeszłość w osobie Callena Hayesa, który teraz jest słynnym kompozytorem. On niestety jej nie poznaję, a mimo to ich przelotne spotkanie kończy się ... pocałunkiem.

Gdy po kilku tygodniach od tamtego spotkania nasza bohaterka wreszcie otrzymuję pracę marzeń, która wymaga miesięcznego wyjazdu do Doliny Loary, aby pomóc w tłumaczeniu dokumentów dotyczących słynnej Joanny d’Arc, nie spodziewa się, że w hotelu w którym została zakwaterowana, zatrzymał się także pewien cierpiący na brak weny twórczej i szukający natchnienia dobrze jej znany kompozytor.

       "– Dlaczego wtedy zniknąłeś? Dokąd wyjechałeś? – Pokręciłam głową z rezygnacją. Obiecałam sobie, że go o to nie zapytam, lecz słowa same wypłynęły z moich ust. Dorosły Callen ewidentnie był mną zainteresowany, ale pokochałam jego młodszą wersję, która mnie zostawiła. Musiałam się dowiedzieć, dlaczego to zrobił. (...) – Albo nie, nie mów mi. To i tak nie ma już znaczenia.  
         Zaczęłam iść, ale Callen delikatnie wziął mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. Spojrzałam w jego obwiedzione gęstymi rzęsami szare oczy, które tak dobrze znałam. Oczy przywodzące na myśl burze, cienie i godziny tuż przed świtem. Oczy, które pozostały takie same, choć prawie cała reszta się zmieniła.  
          – Naprawdę sądzisz, że to nie ma znaczenia, Jessie? – zapytał miękko, odgarniając mi za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z kucyka.  
            (...)  
          – Wymyślałam przeróżne historyjki o tym, co mogło cię spotkać. Że porwał cię cygański tabor albo szajka złodziei dla okupu… Tylko że byłam już wtedy za duża, żeby wierzyć w takie bajki, i w końcu musiałam się pogodzić z tym, że ze mną skończyłeś i uznałeś, że nie jestem warta nawet tego, by się ze mną pożegnać. – Że nasz pocałunek nic dla ciebie nie znaczył, chociaż dla mnie był wszystkim.  
          – Nie, Jessie, to nie tak – zaprzeczył głosem pełnym emocji. Żalu? Ponownie przeczesał palcami włosy i zapatrzył się w przestrzeń. – Prawdę mówiąc, postanowiłem więcej nie wracać. Po… po tamtym dniu dotarło do mnie… – Pokręcił głową, nie mogąc z siebie wydobyć wyjaśnienia, które tak rozpaczliwie pragnęłam wtedy usłyszeć i którego teraz tak bardzo się bałam. – Dotarło do mnie, jaki jestem samolubny, spędzając z tobą czas. Byłaś ładna, mądra i miałaś głowę pełną marzeń, a ja byłem nikim, Jessie. Zupełnie nikim."

Muszę przyznać, że widzę tu kolejny schemat: bohaterowie poznają się, coś lub ktoś ich rozdziela, spotykają się latach i orientują się, że coś do siebie czują. Ale tak już jest z książkami należącymi do nurtu tzw. second chance romance, czyli romansów w którym bohaterowie dostają drugą szansę na szczęście.

Szczerze mówiąc do połowy książki nie mogłam się wkręcić w całą historię. Brakowało jej polotu i czegoś co sprawi, że będę czytała ją z zapartym tchem. Wątek, który bardzo mi się spodobał to kwestia analfabetyzmu z którym zmaga się główny bohater i to jak ciężko mu z tym w codziennym życiu dorosłego człowieka.

Co do relacji miłosnej Callena i Jessie to niestety, ale nie kupiła mnie ona tak, jakbym tego oczekiwała po książce napisanej przez Mię. Sama nie potrafię wskazać co konkretnie do tego doprowadziło, ale nie mogłam się wczuć w ich miłość.

Uważam, że książkę warto przeczytać, a już na pewno powinni to zrobić fani autorki, choćby dlatego, aby samemu ocenić czy autorka faktycznie trochę spadła z pisarską formą, którą wg. można tu zauważyć.

I na koniec jeszcze jedno ALE, a mianowicie okładka. Nie wiem co grafik miał na myśli, ale jak para na motocyklu ma się do bohaterów "Bez żalu", to nie mam bladego pojęcia. Okładka, a historia w książce są jak z dwóch różnych bajek. Hmm...

                                    Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                              Wydawnictwu Edipresse Książki!

wtorek, 26 marca 2019

#92 "Słodki drań" - Penelope Ward/Vi Keeland


W dzisiejszej recenzji opowiem wam o kolejnej na polskim rynku wydawniczym książce duetu Penelope Ward/ Vi Keeland. Historią w „Słodkim draniu” autorki kolejny raz udowadniają, że chyba nie mają sobie równych w słodko-gorzkich romansach ze świetną fabułą, zabawnymi dialogami i fantastycznie sportretowanymi bohaterami. Ale po kolei…




                              Tytuł – „Słodki drań"
          (oryg.Cocky bastard)
    Autor – Penelope Ward/Vi Keeland
      Tłumaczenie - Edyta Stępkowska
         Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 294
         Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-2833-990-3



Główną bohaterką książki jest prawniczka Aubrey, która właśnie porzuciła zdradzającego ją faceta i pracę w Chicago, aby zacząć wszystko od nowa w słonecznej Kalifornii. Kobieta planowała spokojną, choć kilkunastogodzinną podróż samochodem. Nie planowała jednak, że w trakcie postoju na stacji benzynowej złapię gumę, a jedyną osobą, która zaproponuję jej pomoc, będzie ten sam przystojniak z australijskim akcentem, który zirytował ją przy kasie kiedy robiła zakupy. Chance obiecuję, że zmieni jej koło, ale … w zamian Aubrey podwiezie go do Kalifornii, do której kobieta i tak zmierza, bo pech chciał, że motocykl którym podróżował mężczyzna się popsuł. Nie mająca wyjścia Aubrey, niechętnie, ale przystaję na propozycję Chance’a. Jeszcze wtedy, żadne z naszych bohaterów nie ma najmniejszego pojęcia, że wspólna podróż będzie jednocześnie najlepszym i najgorszym co mogło im się przytrafić.


Jak szybko można polubić daną osobę? Ja szybko można zorientować się, że jest się zakochanym. Jak szybko można złamać czyjeś serce?


To, co miało trwać kilkanaście godzin, okazało się kilkudniową podróżą w trakcie której Aubrey i Chance zorientowali się, że mimo, iż z początku ich znajomość nie zaczęła się najlepiej, to z każdą mijającą w podroży chwilą, coś ich do siebie przyciąga – niczym magnes. Mężczyzna sam przyznaję się Aubrey, że czuję do niej niesamowity pociąg … ale nie podejmuję w tej kwestii żadnego kroku, aż do pewnego wieczoru kiedy nocując w Las Vegas pod wpływem zbyt dużej ilości alkoholu, biorą fałszywy ślub dla żartu, a ich noc poślubna okazuję się … całkiem prawdziwa.

"Trzy godziny później postanowiliśmy zakończyć podróż na dziś. Dochodziła północ i przejechaliśmy tyle, ile zaplanowałam, nawet mimo utraty paru godzin na zakup nowego koła.
     Kobieta w recepcji hotelu bawiła się telefonem i ledwie na nas spojrzała, gdy do niej podeszliśmy.
 
— Macie wolny pokój na jedną noc? — zapytał Chance. 
— Erhm… Potrzebujemy dwa pokoje — sprecyzowałam. 
— No coś ty? Myślałem, że weźmiemy pokój z dwoma łóżkami. 
— Nie będę z tobą dzielić pokoju. 
Wzruszył tylko ramionami. 
— Jak sobie chcesz. — I ponownie zwracając się do recepcjonistki, dodał tonem znawcy: — Boi się, że jeśli znajdziemy się razem w jednym pokoju, nie będzie w stanie utrzymać rąk przy sobie. — Po czy puścił do dziewczyny oko. I choć była ciemnoskóra, dostrzegłam rumieniec na jej policzkach."


A teraz postawcie się na miejscu Aubrey. Poznajecie fantastycznego faceta. Orientujecie się, że chyba się zakochałyście. Spędzacie z nim wspaniałą noc. Budzicie się następnego dnia, a po facecie ani śladu. Zniknął on, zniknęły wszystkie jego rzeczy, a wam zostało tylko złamane serce i … koza (dobrze czytacie – koza, ale aby dowiedzieć się skąd się wzięła, będziecie musieli skusić się na lekturę książki).


Czy po tym co spotkało Aburey, może ją jej się przytrafić coś gorszego? Tak. Gdy ten sam facet, który niknął pojawia się znowu w waszym życiu … po dwóch latach. Dwa lata!


To się robi nudne, ale ten autorski duet kolejny raz mnie zachwycił. Który to już raz z kolei? Nie wiem, ale wiem, że na pewno nie ostatni. Z każdą ich kolejną książką, kradną moje czytelniczce serce fabułą, która jest oryginalna, zabawna i niepowtarzalna. To, co stanowi dla mnie ogromną zaletę „Słodkiego drania”, to ciekawe charaktery i cechy jakie głównym bohaterom nadały same autorki.

Jeśli jesteście fanami twórczości Penelope Ward i Vi Keeland, to z czystym sercem  oddaje wam w ręcę ich kolejny książkowy hit. Jeśli dopiero rozpoczynacie przygodę z ich twórczością, to „Słodki drań” będzie idealnym początkiem dla waszego początku z piórem tego duetu.

Niech was nie zmyli ciacho na okładce i może odrobinę infantylny tytuł, bo historia ukryta we wnętrzu tej książki jest fantastyczna.


              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

sobota, 23 marca 2019

#91 "Mroczna miłość", "Mroczne pożądanie" - T.M. Frazier


W sobotę na recenzencką tapetę postanowiłam wziąć książki autorki, która moje serce skradła ponad dobry rok temu. Mimo, iż Wydawnictwo Kobiece wydawanie w Polsce książek T.M. Frazier rozpoczęło od „Kinga”, to nie jego historia stanowi początek twórczości autorki. W 2013 roku Frazier zadebiutowała w USA serią The Dark Light of Day, która dopiero teraz pojawiła się w naszym kraju. „Mroczna miłość” i  towarzysząca jej nowelka „Mroczne pożądanie” to książki, których bohaterami są Jake i Abby, a fanów serii „King” na pewno nie trzeba ich przedstawiać.





        Tytuł – „Mroczna miłość"
      (oryg.The Dark Light Of Day)
          Autor – T.M. Frazier
    Tłumaczenie - Grzegorz Gołębski
         Wydawnictwo – Kobiece 
           Liczba stron – 341
        Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-6560-199-5




      Tytuł – „Mroczne pożądanie"
           (oryg.Dark Needs)
          Autor – T.M. Frazier
    Tłumaczenie - Grzegorz Gołębski
         Wydawnictwo – Kobiece 
           Liczba stron – 105
        Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-6560-176-6


Piekło – to jedyne adekwatne słowo, którym można określić dzieciństwo Abby Ford.  Fizyczne i psychiczne znęcanie sprawiło, że dziewczyna przestała wierzyć, że kiedykolwiek spotka ją lepszy los. Jeden wieczór przeważył szalę, a piekło jakie Abby przeżywała w rodzinnym domu wyszło na jaw. Po tym trafiła do rodziny zastępczej, a następnie pod swoje skrzydła wzięła ją jej babcia, która okazała się najlepszym, co mogło spotkać dziewczynę. Cztery lata – dokładnie tyle trwało spokojnie życie Abby w domu jej ukochanej babci, dopóki ta nie umarła, a dziewczyna znowu została sama.

Siedemnastoletnia dziewczyna wie tylko jedno – zrobi wszystko, aby nie trafić znowu  pod opiekę żadnej rodziny zastępczej, tym bardziej, że kobieta z opieki społecznej, która odwiedziła ją niedługo po pogrzebie babci, tak łatwo nie odpuści. Nasza bohaterka postanawia więc, ukrywać się przez kilka dni w samochodzie babci, który od jakiegoś czasu stoi na złomowisku obok miejscowego warsztatu. Abby nie spodziewała się jednak, że już pierwszego wieczoru spotka na swojej drodze osobę, której życie podobnie jak Abby, nie rozpieszczało.


Jake Dunn przed laty stracił brata w wypadku, matkę w wyniku samobójstwa, a dla jego ojca, od jedynego syna, który mu pozostał, ważniejszy stał się alkohol. Teraz mężczyzna po długiej nieobecności w rodzinnym mieście wrócił do Coral Pines, aby upewnić się, że ojciec nie zapiję się na śmierć, a prowadzony przez niego warsztat nie upadnie.


"Gdy tylko brama zamknęła się z trzaskiem, otworzyłam drzwi po stronie pasażera, wychyliłam się i gwałtownie zwymiotowałam. Torsje trwały jeszcze długo po tym, jak już nic nie pozostało mi w żołądku. Kiedy ustały, otarłam usta dłonią. 
„Jebać moich starych i to, kim przez nich jestem” – pomyślałam. 
– Ani się rusz, skurwielu – rozległ się gardłowy głos, towarzyszył mu charakterystyczny dźwięk odbezpieczanej broni. 
Przeszły mnie ciarki, a włosy zjeżyły mi się na głowie. Serce mi zamarło, bałam się zaczerpnąć powietrza. (...) 
Mężczyzna przycisnął mi do potylicy lufę pistoletu. (...)Zamknęłam oczy i szykowałam się na śmierć. Przez chwilę panowała zupełna cisza. W końcu odezwał się ponownie: 
– A ty kim, kurwa, jesteś? – Jego głos pobrzmiewał groźbą. 
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nic, co przychodziło mi do głowy, nie wydawało się dobrą odpowiedzią dla wariata ze spluwą. 
– Kto cię tu, kurwa, przysłał?(...)
Może miałam skończyć właśnie tu, na złomowisku, pozbawiona kogokolwiek, kto by się mną przejmował. Może bez sensu zmagałam się z nieuniknionym, próbując zachować życie. Nadal nic nie odpowiadając, czekałam na wyrok. 
– Okej, a więc tak to chcesz rozegrać? 
Pociągnął mnie za kaptur bluzy, aż wylądowałam na kolanach, o centymetry od kałuży własnych wymiocin. Stanął za mną i zerwał mi kaptur z głowy, wyrywając przy tym garść włosów. Krzyknęłam, gdy zabolało. Mężczyzna na chwilę zamarł, a potem obszedł mnie i w końcu kucnął przede mną. (...) Kiedy podniósł wzrok, opadła mu szczęka. Nasze oczy spotkały się i spostrzegłam, że nawet w wątłym świetle lamp złomowiska jego oczy miały najbardziej błękitny odcień, jaki kiedykolwiek widziałam. 
Nie był wiele starszy ode mnie, najwyżej kilka lat. 
(...) 
– Ty? – wyszeptał, po czym wykrzyknął z frustracją: – Kurwa, przecież mogłem cię zabić! – Jego broń nie była już wycelowana we mnie. (...)
– Wiem – wymamrotałam. Jakaś część mnie miała nadzieję, że mnie zabije. Wstałam i odgarnęłam włosy z oczu. Blondyn wyglądał na zmieszanego. Podrapał się po brodzie. 
– Co ty tu, do cholery, robisz? – zapytał, chowając broń z tyłu za pasem. 
– Nic – odparłam. Sięgnęłam do samochodu, chwyciłam plecak i ruszyłam w stronę płotu. Nieznajomy ruszył za mną, spoglądając to na samochód, to na plecak. 
– Ty… Ty tu mieszkasz? – zapytał."

Dwoje życiowych outsiderów.
Dwoje młodych ludzi.
Dwie dusze, które być może odnajdą swoją drugą połowę w tym pochrzanionym świecie.

Czy mężczyznę, który zarabia na zabijaniu ludzi i dziewczynę, która boi się dotyku, a pod ubraniami skrywa dowody piekła jakie przeszła, może coś połączyć?

T.M. Frazier już dawno udowodniła, że pisanie ckliwych historii nie jest w jej stylu. Absolutnie nie. Pisane przez nią książki są mroczne, niebezpieczne i pełne zwrotów akcji, które czyta się z sercem, które podchodzi do gardła. W „Mrocznej miłości” Frazier po raz kolejny przeorała bohaterów w każdy możliwy sposób, zwłaszcza Abby. Autorka nie oszczędziła jej, o nie. Ona dosłownie zafundowała jej kolejne piekło, jakby to, co spotkało ją w dzieciństwie nie wystarczyło.


Fani twórczości autorki na pewno się nie rozczarują.

Jeszcze kilka słów o „Mrocznym pożądaniu”, czyli nieco ponad stustronicowej nowelce. W zasadzie tak sobie myślę, że to co zostało zawarte w tej krótkiej książce, spokojnie można by wpleść w „Mroczną miłość” i zrobić po prostu jedną dłuższą historię. „Mroczne pożądanie w całości napisane zostało z perspektywy Jake’a, w przeciwieństwie do pierwszej książki, gdzie narratorem był zarówno on jak i Abby. Nowelka zawiera sceny, których świadkiem czytelnik był już w „Mrocznej miłości”, ale tym razem obserwujemy to z perspektywy Jake’a. Dostajemy też nowy wątek, którego nie mogę wam zdradzić, bo jest on mocno związany z tym co wydarzyło się w pierwszej książce.


                              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                  Wydawnictwu Kobiecemu!

niedziela, 17 marca 2019

#90 "Odcień północy" - L.J. Shen


         W niedzielne popołudnie chciałabym zaprosić was do lektury kolejnej recenzji. Tym razem skupimy się na kolejnej książkowej premierze, która miała miejsce zaledwie kilka dni temu. „Odcień północy” autorstwa L.J. Shen to jednotomowa propozycja, której byłam niezwykle ciekawa, zwłaszcza po tym jak autorka bez dwóch zdań kupiła mnie swoją serią Święci grzesznicy.




        Tytuł – „Odcień północy"
          (oryg.Midnight Blue)
            Autor – L.J.Shen
      Tłumaczenie - Sylwia Chojnacka
     Wydawnictwo – Edipresse Książki
           Liczba stron – 366
        Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-8164-018-3



Poszukujemy osobistej asystentki. Powinna być odporna na stres i krytykę, cierpliwa. Niepijąca, NIEBIORĄCA NARKOTYKÓW, z zamiłowaniem do sztuki i życia. Jeśli jesteś na czasie, masz oko do szczegółów i nie przeszkadzają ci długie godziny pracy, nawet w nocy, to czekamy właśnie na ciebie.


Idąc na rozmowę w sprawie pracy, której dotyczyło powyższe ogłoszenie dwudziestokilkuletnia Indigo Bellamy  była zdeterminowana. Potrzebowała pracy – jakiejkolwiek pracy. Najlepiej takiej, która pozwoli jej dużo zarobić, bo pieniądze były tym czego w tej chwili potrzebowała jej rodzina.

Dziewczyna chyba jednak nie przewidziała tego, że do jej zadań będzie należało pilnowanie ... dwudziestoośmiolatka. Brytyjczyk Alex Winslow to największe muzyczne odkrycie tej dekady. Ale ma też typowe jak na gwiazdę rocka słabości: alkohol, narkotyki, kobiety i … ego wielkości Chin, a na dodatek właśnie wyszedł z odwyku.

Jeśli Indie przyjmie pracę – wyruszy w trzymiesięczną trasę koncertową po całym świecie razem z Panem WIELKIE EGO i jego zespołem. Jeśli pilnowanie, aby Alex nie wciągał kokainy za sceną, nie znikał na całą noc, nie przegapił koncertu, a w  najgorszym wypadku nie wdał się w bójkę z dziennikarzem lub paparazzi będzie tym za co ma być odpowiedzialna Indie to niech tak będzie.

Bo trzysta tysięcy dolarów, które może zarobić w ciągu tych trzech miesięcy, to zbyt wielka stawka, aby w ogóle mieć jakiekolwiek wątpliwości. To kwota, która może w znacznym stopniu odciążyć jej najbliższych. A czego nie zrobi się dla rodziny? Nawet jeśli tą rzeczą jest wejście do paszczy lwa, który może pożreć twoje serce, ciało i duszę. 


„- Hej. (…) – Chcesz poznać tajemnicę? 
Nie odpowiedziała, więc wziąłem to za zgodę. 
- Moczę się w nocy. – kontynuowałem. – Każdej. Ale podczas trasy, gdy mam tremę, sikam wszędzie. Czasami miesza się to ze spermą o ostatniej dziewczynie, którą miałem w łóżku. Czasami dodatkowo dochodzą do tego jej soki. Zawsze proszę moje asystentki, by pościeliły mi łóżko, bo w przeciwieństwie do pracowników hotelu one podpisują klauzulę poufności. Myślisz, że dasz sobie z tym radę mała? 
Wyprostowałem się, przyglądając się jej twarzy. W tej chwili wszystkie nianie wytrzeszczały oczy, otwierały usta ze zdziwienia i bladły. 
Ale nie ta. Nie. Uśmiech Nowej był jasny jak słońce i słodki jak cukierek. 
- Panie Winslow, z radością kupię panu opakowanie pampersów. Właściwie myślę, że to rozwiązanie idealne, biorąc po uwagę pana zachowanie.”


Jeśli taką wymianą zdań rozpoczęło się pierwsze spotkanie Indigo i Alexa, to możecie się tylko domyślać jak będą wyglądały dla obojga trzy kolejne miesiące.

Indie nie należy jednak do osób, które łatwo się poddają, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi wysoka stawka. Pan gwiazda nie zamierza niczego ułatwić dziewczynie, wręcz przeciwnie, zamierza doprowadzić ją na skraj wytrzymałości. Szkoda tylko, że w swoim planie nie przewidział jednego - tego, że znajdzie swoją muzę.


Przyznam się bez bicia, że mam słabość do książkowych dupków. Po prostu mam i już. Kiedy dodać do tego, muzyczną profesję jaką się zajmują - przepadam. L.J. Shen ma talent do tworzenia męskich postaci, których mamy ochotę udusić gołymi rękoma, a potem rzucić się na nich w celach wręcz przeciwnych. Alex Winslow jest tego najlepszym przykładem.

Co do samej relacji między głównymi bohaterami to chyba zabrakło mi tego czegoś. Była chemia pod względem fizycznym, ale ta psychiczna? Trochę bym nad nią popracowała.



                                   Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Edipresse Książki!

czwartek, 14 marca 2019

#89 "Inna Blue" - Amy Harmon


            Bywają tacy autorzy o których słyszymy i czytamy wiele pozytywnych opinii, ale sami dość długo zbieramy się do sięgnięcia po ich twórczość. W moim przypadku tak właśnie było w przypadku amerykańskiej powieściopisarki Amy Harmon. Znana z takich bestsellerów jak „Prawo Mojżesza” czy „Making Faces” (które skądinąd od dawna leżą u mnie w biblioteczce i czekają na swoją kolej) autorka wreszcie doczekała się mojej uwagi, a przygodę z jej twórczością postanowiłam zacząć książką, która swoją polską premierę miała w tym tygodniu. Zapraszam więc na recenzję „Innej Blue”, która najpierw skradła moje serce okładką, a potem historią ukrytą między jej stronami.






Tytuł – „Inna Blue"
(oryg.A Different Blue: A Novel)
Autor – Amy Harmon
Tłumaczenie - Marcin Machnik
Wydawnictwo – EditioRed
Liczba stron – 303
Wydanie pierwsze – 2019
ISBN – 978-83-2834-774-8



Każdy człowiek ma imię i nazwisko.
Każdy wie do kogo mówić mamo i tato.
Każdy z nas zna swój wiek i datę urodzenia.
Każdy wie skąd pochodzi.

Każdy…oprócz niej.


Blue jako około dwuletnia dziewczynka została podrzucona w samochodzie należącym do Jimmy’ego Echohawk. Każdy, kto znalazłby obce dziecko zgłosiłby się z nim natychmiast na policję, ale … mężczyzna tego nie zrobił. Być może kierował nim strach, być może coś innego. Ale przez następne lata, wychowywał on Blue, którą nazwał po ciągle powtarzanym przez nią słowie „blue” i traktował ją jak swoją własną córkę. Gdy w wieku kilkunastu lat dziewczynę spotkała tragedia związana ze śmiercią Jimmy’ego, opiekę nad Blue zgodziła się sprawować jego przyrodnia siostra.

Teraz Blue jest uczennicą ostatniej klasy liceum w Boulder High School. Życie potrafi hartować ludzki charakter i uwierzcie, że zahartowało także naszą bohaterkę. Blue jest pewna siebie, wyniosła, stanowcza – choć wszystko to, to tylko pozory. Bo piękna niebieskooka dziewczyna kryję się z tym co faktycznie jej doskwiera - samotność, brak bliskości i niewiedza kimś się jest i dokąd się zmierza ze swoim życiem.  Jedyny spokój odnajduję w rzeźbieniu w drewnie, a czasem ukojenia szuka nawet w przypadkowym seksie.

Kiedy pewnego dnia w jej szkole pojawia się nowy nauczyciel historii Brytyjczyk Darcy Wilson, Blue na pierwszych zajęciach robi to co zawsze – jest dość opryskliwa i mówi co myśli, ale … Wilsona wcale to nie rusza, wręcz przeciwnie - jest miły i to właśnie napawa dziewczynę prawdziwą konsternacją.


"Nikt z nas nie mógł wybrać, gdzie będzie rzucony, Blue. Ale nikt z nas nie musi p o z o s t a ć tam, gdzie trafił. Może lepiej byłoby skupić się na tym, gdzie chcesz trafić, zamiast na tym, skąd się wzięłaś? Dlaczego nie skupisz się na tym, co sprawia, że jesteś błyskotliwa, a nie na tym, co cię wkurza?"


Przyznam, iż z początku byłam przekonana, że „Inna Blue” będzie swoją fabułą przypominać jedną z moich ulubionych książek z wątkiem relacji uczennica-nauczyciel, a mianowicie „Kochając Pana Danielsa” Brittainy C. Cherry. Może tak, może nie. Amy Harmon stworzyła niezwykle piękną historię w której chyba jednak głównym elementem/wątkiem jest walka o własną tożsamość, o próbę znalezienia równowagi, o chęć bycia kimś lepszym, kimś kto ma szansę na lepsze życie mimo trudnej przeszłości.

Owszem relacja między Blue i Wilsonem jest istotna, ale nie przysłania ona walki naszej bohaterki o samą siebie.

Harmon poruszyła jeszcze jeden ważny wątek o którym wam nie powiem. Zdradzę tylko, że Blue po raz pierwszy w życiu będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami swojego stylu życia. Jedni powiedzą, że jej decyzja była właściwa, inni zarzucą jej, że nie. Ciężko ocenić sytuację, nawet najtrudniejszą, dopóki sami się w niej nie znajdziemy. Prawda?

„Inna Blue” to naprawdę piękna opowieść. Trudna, smutna, dająca do myślenia, a ta prosta i hipnotyzująca okładka jest wisienką na torcie.


                                    Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!