sobota, 12 czerwca 2021

#174 "Manik" - Amo Jones

        Należę do osób, które boją się sięgnąć po kolejną książkę danego autora, jeśli pierwsze spotkanie z jego twórczością nie skończyło się dobrze. Jestem świadoma, że pióro Amo Jones jest bardzo lubiane zarówno w Polsce jak i zagranicą, jednak kiedy kilka lat temu przeczytałam „Srebrnego łabędzia” stwierdziłam, że ta historia jest zwyczajnie zła – kiepska fabuła, bohaterowie bez polotu i język, który kompletnie mnie nie przekonał. Dlatego też decyzję o przeczytaniu "Manika" podejmowałam ze sporym strachem bojąc się, że stracę dzień lub dwa czytając coś, co zwyczajnie po raz kolejny mnie rozczaruje. Jaki był tego efekt?



             Tytuł – „Manik"
              (oryg. Manik)
            Autor – Amo Jones
     Tłumaczenie - Monika Wiśniewska
          Wydawnictwo – Kobiece
           Liczba stron – 368
         Wydanie pierwsze – 2021
        ISBN – 978-83-6689-007-7


Główną bohaterką historii jest Beatrice Kennedy, która od ósmego roku życia mieszkała w amerykańskim stanie Pensylwania, gdzie przeprowadziła się z Australii, aby móc zamieszkać z dziadkami po tragicznej śmierci własnych rodziców, którzy zginęli w pożarze. Kiedy w dniu ukończenia przez naszą bohaterkę studiów umarł jej dziadek, Beatrice postanowiła wyjechać, nie chcąc żyć w miejscu, które będzie jej się kojarzyć z odejściem ukochanego Papi. W związku z tym, że dziewczyna nie należała do osób, które lubią życiową stagnację postanowiła podróżować, nigdy nie pozostając w jednym miejscu na dłużej. Jednak po roku życia w drodze zdecydowała, że na jakiś czas zamieszka w Nowym Orleanie, który o dziwo jej się spodobał, a gdzie od kilku miesięcy pracowała jako barmanka.

Beatrice nie przewidziała, że jedna z pozoru zwyczajna zmiana w pracy zakończy się... jej porwaniem. Bo kiedy w ciemnej uliczce jesteś świadkiem czegoś, czego nie powinnaś była zobaczyć, świadomość tego, że sama nagle stanęłaś oko w oko z zagrożeniem, uderza w ciebie w prędkością światła. Zwłaszcza kiedy w jednym z mężczyzn rozpoznajesz bawiącego się wcześniej w barze najpopularniejszego i najlepszego muzyka sceny rapu Aerona Romanova-Reeda vel Manika, będącego jednocześnie, co nie jest wcale tajemnicą poliszynela... syna szefa rosyjskiej Bratvy Vladimira Romanova.

Dziewczyna jako naoczny świadek egzekucji zostaję na polecenie ojca Aerona siłą wepchnięta przez naszego bohatera do limuzyny i zawieziona do jego rezydencji, gdzie mężczyzna zamyka ją w piwnicy. Czy naszą bohaterkę czeka los podobny do tego, jaki spotkał martwego człowieka, którego egzekucji była świadkiem przed barem? I dlaczego nie zabili jej od razu?


- Zamierzacie mnie zabić?

Nie odpowiada, więc odwracam głowę, aby na niego spojrzeć.

Patrzy na mnie. Jak ktoś tak dojmująco piękny może mieć tak mroczną duszę? A może tak to właśnie działa, może ci o najpiękniejszych twarzach skrywają najmroczniejsze tajemnice.

(…)

- Kyle będzie wiedział, że coś się stało. - mówię cicho, obserwując mijane drzewa.

Telefon Manika pika, sygnalizując nadejście wiadomości. Kątem oka widzę, że na jego twarzy pojawia się krzywy uśmiech.

- Naprawdę? Bo, Beatrice Kennedy, wygląda na to, że sporo podróżujesz i nie masz żadnych żyjących krewnych.

Przełykam nerwowo ślinę.

W końcu na mnie patrzy. Oczy mu ciemnieją.

- No więc zabiorę cię tam, gdzie będę miał, kurwa, ochotę. 

  

Pomysł na wykreowanie męskiego bohatera będącego jednocześnie seksownym i utalentowanym raperem za dnia oraz niebezpiecznym członkiem mafii nocą uważam za bardzo udany. Sama mam słabość do książkowych postaci związanych z muzyką, więc ten wątek bardzo przypadł mi do gustu.

W historiach typu „Manik” w których pojawia się element porwania kobiety przez protagonistę książki, zawsze mam obiekcje co do tego, jak łatwo główna bohaterka zaczyna myśleć „majtkami”, a nie głową. Niestety tu także zostało to w ten sposób przedstawione – seksowny porywacz i bum... już jej nie przeszkadza trzymanie w piwnicy. Jeśli autor decyduje się na taką fabułę to życzyłabym sobie, aby opór bohaterki trwał dłużej niż tych przysłowiowych kilkanaście stron, bo choć rozumiem, że to fikcja, to wolałabym żeby była przedstawiona w bardziej realistyczny i przekonujący sposób. Żadna z nas w przypadku uprowadzenia, chyba nie skupiałaby się na tym, jak przystojny jest porywacz. A może się mylę?

Najbardziej w całej książce podobał mi się plot-twist, który zaserwowała nam Amo Jones. Nie spojlerując powiem tylko tyle, że tajemnice które zaczną wychodzić na światło dzienne wywrócą rzeczywistość Beatrice do góry nogami. Tak bywa, kiedy całe twoje życie okazuję się jednym wielkim kłamstwem.

W ogólnej ocenie uważam, że „Manik” jest dużą lepszą historią niż moje pierwsze spotkanie z Jones w „Srebrnym łabędziu”. Przede wszystkim lepiej napisaną pod względem językowym, a i fabuła została ciekawiej przedstawiona, a bohaterowie pokazani w mniej irytujący (przynajmniej mnie) sposób. Warto też wspomnieć, że w książce jest pewna scena erotyczna, która podejrzewam u niektórych może przekroczyć jakąś granicę, ale dla mnie była bardzo HOT.

Poza tym okładka książki zdecydowanie przyciąga uwagę czytelnika i śmiem twierdzić, że zarówno polska jak i zagraniczna grafika są na równym wysokim poziomie pod względem estetyki i szczegółów.


                              Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu Kobiecemu!

środa, 9 czerwca 2021

#173 "Na jedną noc" - Kristen Callihan

    Kristen Callihan to autorka, której nazwisko było mi do tej pory zupełnie nieznane, mimo iż kojarzę większość zagranicznych pisarek. Nowości na polskim rynku wydawniczym pojawiają się jak grzyby po deszczu, ale sama staram się nie popadać w przesadę i wybierać do recenzji te, które albo już czytałam w języku angielskim i mnie zachwyciły albo takie, które intrygują mnie już samym opisem czy fragmentem udostępnianym przez wydawnictwa. W przypadku „Na jedną noc” kupił mnie blurb sugerujący, że w odróżnieniu od większości romansów, w tej historii to główny bohater będzie tym, który chcę stałego związku, a bohaterka wręcz przeciwnie. Jak z takim wątkiem fabularnym poradziła sobie autorka? Przekonajmy się.




         Tytuł - "Na jedną noc"
          (oryg. The Hook Up)        
        Autor – Kristen Callihan
     Tłumaczenie - Emilia Skowrońska
          Wydawnictwo – Muza
          Liczba stron – 448
        Wydanie pierwsze – 2021
        ISBN – 978-83-2871-701-5


Czy w wieku dwudziestu jeden lat można się poczuć się wypalonym? Anna Jones coraz bardziej utwierdza się w tym przekonaniu. Mimo, iż pozostał jej jeszcze jeden rok studiów na kierunku historii, nie jest przekonana czy to właśnie z tą dziedziną chcę związać swoją przyszłość. Mocno przeraża ją fakt, że nadal nie ma najmniejszego pojęcia co chciałaby robić w życiu, a to nie daje jej spokoju. Wie natomiast jedno – nie szuka chłopaka. W ogóle. Zwłaszcza takiego, który na uczelni traktowany jest jak Bóg no i cóż... właściwie jak on wygląda.

Kiedy zdecydowanie zbyt przystojny i nad wyraz popularny rozgrywający uniwersyteckiej drużyny futbolowej zwraca na nią uwagę Anna wie jedno – unikać jak zarazy. Zwłaszcza, kiedy pierwsze słowa jakie do niej skierował brzmiały „Cześć. Duża Ruda”. 

Tak - to nie była najbystrzejsza rzecz jaka wyszła z ust Drew Baylora. On sam się zdziwił, ale może to efekt tego, jakie wrażenie wywarła na nim siedząca obok studentka.


Mama powiedziała mi kiedyś, że najważniejszym momentem w moim życiu nie będzie zdobycie mistrzostwa Stanów Zjednoczonych ani nawet wygrana w Super Bowl. Najważniejszą chwilą będzie ta, w której się zakocham.

Życie, twierdziła, polega na tym, jak i z kim żyjesz, a nie na tym, w jaki sposób na siebie zarabiasz. Ponieważ jednak powiedziała mi to, gdy miałem szesnaście lat, po prostu przewróciłem oczami i wróciłem do ćwiczenia zwodów.

Jednak matka nie odpuszczała.

- Zobaczysz, Drew. Pewnego dnia miłość zakradnie się do ciebie i zdzieli cię w łeb. Wtedy zrozumiesz.

Jak się okazuje, mama myliła się pod jednym względem. Miłość, gdy się już pojawiła, wcale się nie zakradła. Nie, podeszła do mnie odważnie i śmiało, na wypadek gdybym nie zwracał na nią uwagi. I owszem, zdzieliła mnie w łeb.


Mimo, iż Anna starła się trzymać Drew na dystans, wystarczyła jedna impreza na którą zaciągnęła ją przyjaciółka, by jej starania szlag trafił, a pożądanie wzięło górę. Nasza bohaterka chciała jak najszybciej zapomnieć o tym jak czuła się w ramionach chłopaka, a on? Wręcz przeciwnie. Postawił sobie za punkt honoru, aby pokazać jej, że to co między nimi zaszło nie było jednorazowe.

Na jedną noc” to idealne połączenie romansu obyczajowego i młodzieżówki N/A. Najważniejszym elementem, który wyróżnia tą książkę na tle innych tego typu historii jest fakt, że tutaj to mężczyzna chcę czegoś więcej w relacji z główną bohaterką i daję jej do zrozumienia, że nie wystarczy mu tylko i wyłącznie seks. Jest to bardzo rzadkie zjawisko w romansach z uwagi na to, że w większości z nich, to kobieta jest tą bardziej emocjonalną i przywiązującą wagę do uczuć osobą. Cieszę się, że autorka zdecydowała się na tą odmianę i wykreowała mężczyznę, który nie boi się przyznać do tego, że zwyczajnie się zakochał i nie zamierza się poddawać w walce o uczucia.

Kristen Callihan napisała książkę, którą złamała niejeden stereotyp dotyczący sportowców, bo przedstawiony w niej główny bohater w oczach innych silny i niezłomny, tak naprawdę jest takim samym człowiekiem jak oni - walczącym z problemami, czasem samotnością czy pragnącym zwyczajnej rozmowy, a nie fanów rzucających mu się do stóp.

Inteligencja, błyskotliwość i człowieczeństwo to cechy, którymi kupiła mnie postać Drew. Oczywiście bywały momenty irytacji, zwłaszcza jeśli chodzi o postawę Anny, która momentami była swoim największym wrogiem i podejmowała irracjonalne decyzje, wmawiając sobie, że są one dla niej najlepsze, choć wcale tak nie było.


                             Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                        Wydawnictwu Muza!

piątek, 4 czerwca 2021

#172 "Doyenne" - Anne Malcom

      Wydawnictwo Papierówka nie należy do tych, które wydają ckliwe i ociekające lukrem romanse. Kolejna ich propozycja, czyli „Doyenne” jest tego najlepszym przykładem. Już sam opis wywołał we mnie gęsią skórkę, więc byłam przeświadczona, że zawartość książki spowoduję w mojej głowie niemałe trzęsienie ziemi. Czy tak było w rzeczywistości?  




            Tytuł - "Doyenne"
             (oryg. Doyenne)        
           Autor – Anne Malcom
      Tłumaczenie - Anna Piechowiak
         Wydawnictwo – Papierówka
            Liczba stron – 328
         Wydanie pierwsze – 2021
         ISBN – 978-83-6642-929-1


Główną bohaterką książki jest Charlotte Crofton dla której nie ma rzeczy niemożliwych. W wieku trzydziestu kilku lat osiągnęła zawodowy sukces i pozycję, których można tylko pozazdrościć. Zbudowana od zera marka kosmetyczna, której dyrektor generalną jest kobieta to jedno z wielu przedsiębiorstw będących jej "dzieckiem". Inteligencja, talent oraz niebywała ambicja pozwoliły także naszej bohaterce na poszerzenie swojej zawodowej działalności również na polu cyberbezpieczeństwa, dzięki czemu Charlotte może się poszczycić kontraktami dotyczącymi technologii oraz oprogramowania zabezpieczającego z organizacjami zarówno rządowymi jak i międzynarodowymi.

Nasza bohaterka nie przypuszczała, że pewnego dnia dwuminutowy spacer z biura do mieszkania zamieni się w koszmar kiedy zostanie napadnięta, a groźba gwałtu i śmierci stanie się realniejsza niż kiedykolwiek. Każdy normalny człowiek na miejscu Charlotte starałby się krzykiem wezwać pomoc i błagać o życie napastnika, ale nie nasza bohaterka. Ona nie błaga. Nigdy i o nic. Kiedy kobieta pogodziła się już ze swoim losem, ktoś jednak zainterweniował, a tajemniczy mężczyzna, który pojawił się znikąd... zabił napastnika i to bez żadnych skrupułów. 


- Niezłe buty – powiedziałam. Mój głos brzmiał jakbym dopiero obudziła się z głębokiego snu. - Ale wyglądają, jakby widziały o sezon za dużo. Powinieneś zainwestować w nowe.

Cisza

Prawdopodobnie był to dość osobliwy komentarz, zważywszy na fakt, że facet właśnie kogoś zabił na moich oczach. Nie pochylił się, nie zapytał, czy wszystko w porządku, nie zadzwonił na 911 – nic z tych rzeczy. Tylko mi się przyglądał. Z kolei ja jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w jego buty upstrzone plamkami krwi, które reprezentowały śmierć.

 

Kiedy jakiś czas później, ktoś ponownie próbuje pozbawić życia Charlotte w jej własnym mieszkaniu, do akcji ponownie wkracza ten sam człowiek, który pomógł jej poprzednio. Czy ponownie zabija? Tak.

Czy bycie świadkiem dwukrotnego pozbawienia życia przez tajemniczego mężczyznę wystraszyło Charlotte? Absolutnie nie. Jeśli już, to tylko zwiększyło ciekawość co do jego osoby na tyle, żeby zaproponować mu pracę szefa jej ochrony. Bo ktoś najwyraźniej chcę zlikwidować naszą bohaterkę i nie cofnie się przed niczym, żeby odnieść sukces.


„Doyenne” to historia w której pokładałam duże nadzieje. Gdzieś z tyłu głowy liczyłam, że będzie to książka w stylu genialnego „Raw” Belle Aurory. Czy była? Niekoniecznie.

Dużą zaletą "Doyenne" jest postać głównej bohaterki, bo bardzo rzadko w książkach pojawia się tak mocna żeńska sylwetka. Charlotte wyróżnia się piekielną przedsiębiorczością, zorganizowaniem i ambicją. Praca i zarządzane przez nią przedsiębiorstwa są dla niej priorytetem. Wymaga wiele od innych, ale od siebie jeszcze więcej. Cieszę się, że Anne Malcom dała czytelnikom taką silną, niezależną kobiecą postać, która do wszystkiego doszła ciężką pracą, udowadniając przy tym wielu mężczyznom, że płeć nie ma znaczenia w świecie biznesu.

Co do głównego męskiego bohatera – wybawcy Charlotte. Jest to postać o tyle tajemnicza, że przez całą książkę jest on dość milczący. Owszem uczestniczy w dialogach i mamy też rozdziały z jego perspektywy, ale nie jest to postać do dłuższych rozmów. Jednak zabieg ten idealnie obrazuję to jaką osobą jest... Jacob. Przede wszystkim z trudną przeszłością, która zabrała mu resztki człowieczeństwa.

Język jakim napisano książkę jest przystępny, ale na pewno nie lekki, bo w takiej historii lekki być nie może. Czy jest to dark romans? Ciężko stwierdzić, aczkolwiek na pewno nie jest to typowe romansidło.

Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło - czegoś co trudno dokładnie zdefiniować. Możliwe, że zbyt mała według mnie chemia między bohaterami, a jeśli była to taka na siłę? Nie wiem. Coś tu nie zagrało.


                                   Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                  Wydawnictwu Papierówka!

poniedziałek, 31 maja 2021

#171 "Zła chwila" - K.N. Haner

      Imion Phix i Blaire nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, a na pewno nie fanom twórczości K.N. Haner. Autorka powróciła w tym miesiącu z kolejnym tomem serii NIEBEZPIECZNI MĘŻCZYŹNI. Ile czasu potrzeba, by obrócić wszystko w ruinę? W tym przypadku niewiele. Wystarczy chwila.




          Tytuł - "Zła chwila"    
           Autor – K.N. Haner
        Wydawnictwo – EditioRed
           Liczba stron – 248
         Wydanie pierwsze – 2021
        ISBN – 978-83-2838-171-1


Kobieta na czele organizacji przestępczej? W świecie mafii takie rzeczy się nie zdarzają, jednak Blaire nie miała wyjścia. W "Złej chwili" autorka kontynuuje podróż bohaterki pełną niebezpiecznych decyzji, wśród ludzi gotowych jej pomóc, ale i takich dla których upadek kobiety może się stać momentem wielkiego triumfu.

Z pomocą Liama, Blaire stara się przeistoczyć w bezpardonową osobę, by na spotkaniach zawodowych prowadzić negocjacje i rozmowy z siłą równą mężczyznom dominującym w tym jakże niebezpiecznym półświatku.

Jednak kiedy twoim mężem jest człowiek, którego praca to zabijanie na zlecenie, raczej nie narkotykowych kontrahentów powinnaś się obawiać, a człowieka który z pojawiania się i znikania niezauważenie uczynił swój zawód.


- Nauczyłaś się strzelać, że mierzysz do mnie z naładowanej broni? - Głos Phixa był spokojny, pewny i groźny

- Muszę umieć się bronić przed takimi jak ty – odpowiedziałam.

Starałam się zachować spokój i trzeźwe myślenie, ale nie było to proste. Obecność Phixa nie zwiastowała niczego dobrego. Po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a serce prawie zamarło.

- Masz zamiar mnie zabić? - Zaśmiał się drwiąco, a ja oszołomiona tym pytaniem nie zareagowałam, gdy ruszył w moją stronę. Cofnęłam się jedynie o krok i gdyby nie to, że Phix chwycił rękę, w której trzymałam broń, i przytrzymał mnie, wylądowałabym na schodach.


W „Złej chwili” relacja Blaire i Phixa to równia pochyła, jednak nigdy nie wiadomo w którą stronę przeważy się jej szala. Bohaterowie przyciągają się i odpychają niczym dwa magnesy. Czasem górę bierze chemia, a czasem zdrowy rozsądek. Phix w tej części serii ujawnia momentami prawdziwe emocje i uczucia, co jest nowością dla jego postaci. Mimo wszystko, czasem włos jeży się na głowie, bo jego słowa lub zachowanie bywają nieprzewidywalne, a czytelnikowi trudno zinterpretować, czy jego zmiana jest autentyczna.

Brak zaskakujących momentów i takich, które wbijają czytelnika w fotel są moim zdaniem celowym zabiegiem zastosowanym przez K.N. Haner. Sądzę, że autorka tym równym tempem chciała pokazać w tej części, że relacja głównych bohaterów to swego rodzaju gra - czasem zwycięsko wychodzi z niej Blaire, by za chwilę to Phix rozdawał karty. Tak jak napisałam w swojej rekomendacji - los bywa nieprzewidywalny i wystarczy jedna ZŁA CHWILA, by wszystko obróciło się w ruinę. Ta książka nie bez powodu nosi taki tytuł. Bo to właśnie źle zrozumiana i zinterpretowana scena może doprowadzić do błędu, który trudno będzie naprawić, a taki właśnie finał w tej części zaserwowano nam pod koniec. Ale o tym, co zobaczył Phix i jakie były tego konsekwencje, dowiedzą się tylko ci, którzy będę mieli odwagę sięgnąć po tą książkę.



                                Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

piątek, 28 maja 2021

#170 "Don't love me" - Lena Kiefer

    Literatura New Adult zajmuję w moim sercu szczególne miejsce. Mimo trzydziestki na karku nadal uwielbiam historie skupiające się na młodych ludziach wchodzących w dorosłość, którzy nierzadko zmuszeni są zmagać się z trudnymi problemami i często ciężką przeszłością. Jeśli chodzi o ten konkretny gatunek na polskim rynku, to ostatnimi czasy prym wiedzie Wydawnictwo Jaguar, które skupia się na publikacjach niemieckich autorek. Kolejną ich propozycję, którą śmiało można zaliczyć do gatunku N/A jest powieść debiutującej w naszym kraju Leny Kiefer „Don't love me”, której recenzję przeczytacie poniżej.




         Tytuł - "Don't love me"   
         (oryg. Don't love me)
          Autor – Lena Kiefer
    Tłumaczenie - Katarzyna Łakomik
          Wydawnictwo – Jaguar
           Liczba stron – 440
         Wydanie pierwsze – 2021
        ISBN – 978-83-7686-975-9


Główną bohaterką historii jest Kenzie Stayton, która po tragicznej śmierci ukochanej mamy przed kilku laty, mieszka wraz z ojcem i trzema młodszymi siostrami niedaleko Londynu. Ogromną pasją dziewczyny jest urządzanie wnętrz i to z tym zawodem chcę związać swoją przyszłość. Zanim jednak stanie się znakomitą projektantką, musi dostać się na wymarzoną uczelnię University of the Arts, a żeby zwiększyć na to swoje szanse, potrzebuję zdobyć doświadczenie. Kiedy plan odbycia letnich praktyk w jednej z londyńskich pracowni aranżacji wnętrz legnie w gruzach, Kenzie czuję się jakby ktoś podciął jej skrzydła. Na szczęście od czego ma się pomysłowego ojca, który szybko wpada na wyjście awaryjne z całej sytuacji. Tak właśnie nasza bohaterka, po usilnych namowach swojej upartej rodziny, wyjeżdża do oddalonego o kilkaset kilometrów od domu szkockiego Kilmore, gdzie przez dwa miesiące będzie praktykować u boku dawnej przyjaciółki swojej zmarłej mamy.

Początkowa niechęć do odbywania stażu tak daleko od domu, zwłaszcza że do tej pory Kenzie pomagała ojcu w prowadzeniu domu i wychowywaniu młodszych sióstr, mija z chwilą kiedy dziewczyna wreszcie przybywa do Kilmore, ciepło powitana przez Paulę McCoy u której ma odbywać staż. Na dodatek okazuję się, że aktualnie kobieta będzie pracować przy bardzo prestiżowym zleceniu, jakim jest aranżowanie wnętrz w nowej części Kilmore Grand Hotel – zamku, który od lat jest w posiadaniu hotelarskiej rodziny Hendersonów.

Pech chcę, że pewien arogancki przedstawiciel płci przeciwnej, którego Knezie spotkała w sklepie tuż po przyjeździe do Szkocji, okazuję się być jednocześnie najmłodszym pokoleniem rodziny Hendersonów. Co ciekawe, wszyscy ostrzegają ją przed chłopakiem, twierdząc że jest złym człowiekiem, a nawet diabłem.

Lyall Henderson to czarna owca nie tylko własnej rodziny, ale i całego Kilmore. Przystojny, bogaty student architektury zdaję się mieć wszystko, ale to tylko pozory, a jak wiadomo one lubią mylić. Pomysł kilkutygodniowego pobytu w Kilmore wcale nie jest dla chłopaka przyjemnością, a stanowi obowiązek i przymus skrupulatnie rozliczany przez rodzinę z jego babką - seniorką rodu Hendersonów na czele, której zdanie... stanowi prawo.


„Samohód zwolnił. Musiałem zdjąć stopę z gazu zupełnie nieświadomie. Jakby coś mnie powstrzymywało przed kontynuowanie jazdy. Posłuchałem tego głosu i zatrzymałem auto na poboczu. Objąłem kierownicę i spojrzałem w niebo. Deszcz dudnił o przednią szybę i rozmywał drzewa przede mną. Poza moim samochodem na ulicy było zupełnie pusto.

Tak więc wróciłem. Do tego miasta, do tych ludzi i do tej pogody – wszystko było dokładnie takiem jak trzy lata temu. Ale tym razem każda komórka mojego ciała krzyczała, żeby zawrócił na lotnisko. Albo przynajmniej obrał zupełnie inny cel podróży. Pojechał tam, gdzie nie zaznam na każdym koku nienawiści.”

 

Żadnych imprez, żadnych dziewczyn, bycie chodzącym ideałem i współpraca przy nowym projekcie w Kilmore Grand Hotel – tak ma wyglądać pobyt w Lyalla w rodzinnym mieście. Problem w tym, że jego uwagę przyciąga nowa praktykantka, a serce samej Kenzie także nie pozostaję obojętne na chłopaka.



Na pierwszy rzut oka ta książka brzmi bardzo schematycznie, jednak nawet nie wiecie, jak bardzo jest to złudne. „Don't love me” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, ale nie powinno mnie to dziwić, biorąc po uwagę, że praktycznie każda historia New Adult od Jaguara to strzał w dziesiątkę. Kenzie i Lyall to postaci, które skradły moje serce. Ona inteligentna, ambitna, pomocna i zaradna. On, mimo iż pochodzi z zamożnej rodziny, nie jest typowym przedstawicielem wyższej klasy – w zasadzie w pewien sposób nią gardzi. Jestem zachwycona tym, w jak intrygujący i tajemniczy sposób autorka poprowadziła całą fabułę. Czytelnik z zapartym tchem chcę odkryć, co wydarzyło się trzy lata wcześniej, a co wywołało takie, a nie inne podejście rodziny oraz mieszkańców Kilmore do Lyalla. Bo zostać czarną owcą dla bliskich i być uznawanym w okolicy za „persona non grata” nie mogło nastąpić z błahego powodu.

Czym byłaby książka bez anty-bohaterów? W „Don't love me” są nimi... zasady i reguły ustanawiane przez nestorkę rodu Hendersonów, czyli babkę Lyalla oraz jego ciotkę Moirę. Wszelkie skandale i odstępstwa są zakazane, a za ich naruszenie grozi... wydalenie z rodziny. Wizerunek to coś, co ma być na pierwszym miejscu. Istotne jest, że w tej rodzinie to kobiety odgrywają główną rolę, a mężczyźni spychani są na drugi plan. I mam tu na myśli, że dobieranie partnerek jest bardzo istotne, bo to one potem będą pełnić większą rolę, niż faktyczni męscy potomkowie rodziny. Lyall z pomocą swoich kuzynów i siostry zamierza przerwać ten cykl idiotycznych zasad, ale czy mu się to uda? I jak bardzo ucierpi na tym relacja z Kenzie.

Ta książka ma w sobie to coś, czego powinna dostarczać dobrze napisana powieść New Adult. Rozterki i problemy bohaterów przedstawione są w ciekawy i przemyślany sposób. Lyall to wspaniała postać, której się kibicuję, bo mimo młodego wieku chcę przerwać schematy, które panują w jego skostniałej i sztywnej rodzinie od dziesięcioleci. Barwny i przystępny język sprawia, że powieść Leny Kiefer czyta się szybko, a kiedy czytelnik dociera do ostatniej strony, chcę zwyczajnie więcej i więcej.


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Jaguar!