niedziela, 17 marca 2019

#90 "Odcień północy" - L.J. Shen


         W niedzielne popołudnie chciałabym zaprosić was do lektury kolejnej recenzji. Tym razem skupimy się na kolejnej książkowej premierze, która miała miejsce zaledwie kilka dni temu. „Odcień północy” autorstwa L.J. Shen to jednotomowa propozycja, której byłam niezwykle ciekawa, zwłaszcza po tym jak autorka bez dwóch zdań kupiła mnie swoją serią Święci grzesznicy.




        Tytuł – „Odcień północy"
          (oryg.Midnight Blue)
            Autor – L.J.Shen
      Tłumaczenie - Sylwia Chojnacka
     Wydawnictwo – Edipresse Książki
           Liczba stron – 366
        Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-8164-018-3



Poszukujemy osobistej asystentki. Powinna być odporna na stres i krytykę, cierpliwa. Niepijąca, NIEBIORĄCA NARKOTYKÓW, z zamiłowaniem do sztuki i życia. Jeśli jesteś na czasie, masz oko do szczegółów i nie przeszkadzają ci długie godziny pracy, nawet w nocy, to czekamy właśnie na ciebie.


Idąc na rozmowę w sprawie pracy, której dotyczyło powyższe ogłoszenie dwudziestokilkuletnia Indigo Bellamy  była zdeterminowana. Potrzebowała pracy – jakiejkolwiek pracy. Najlepiej takiej, która pozwoli jej dużo zarobić, bo pieniądze były tym czego w tej chwili potrzebowała jej rodzina.

Dziewczyna chyba jednak nie przewidziała tego, że do jej zadań będzie należało pilnowanie ... dwudziestoośmiolatka. Brytyjczyk Alex Winslow to największe muzyczne odkrycie tej dekady. Ale ma też typowe jak na gwiazdę rocka słabości: alkohol, narkotyki, kobiety i … ego wielkości Chin, a na dodatek właśnie wyszedł z odwyku.

Jeśli Indie przyjmie pracę – wyruszy w trzymiesięczną trasę koncertową po całym świecie razem z Panem WIELKIE EGO i jego zespołem. Jeśli pilnowanie, aby Alex nie wciągał kokainy za sceną, nie znikał na całą noc, nie przegapił koncertu, a w  najgorszym wypadku nie wdał się w bójkę z dziennikarzem lub paparazzi będzie tym za co ma być odpowiedzialna Indie to niech tak będzie.

Bo trzysta tysięcy dolarów, które może zarobić w ciągu tych trzech miesięcy, to zbyt wielka stawka, aby w ogóle mieć jakiekolwiek wątpliwości. To kwota, która może w znacznym stopniu odciążyć jej najbliższych. A czego nie zrobi się dla rodziny? Nawet jeśli tą rzeczą jest wejście do paszczy lwa, który może pożreć twoje serce, ciało i duszę. 


„- Hej. (…) – Chcesz poznać tajemnicę? 
Nie odpowiedziała, więc wziąłem to za zgodę. 
- Moczę się w nocy. – kontynuowałem. – Każdej. Ale podczas trasy, gdy mam tremę, sikam wszędzie. Czasami miesza się to ze spermą o ostatniej dziewczynie, którą miałem w łóżku. Czasami dodatkowo dochodzą do tego jej soki. Zawsze proszę moje asystentki, by pościeliły mi łóżko, bo w przeciwieństwie do pracowników hotelu one podpisują klauzulę poufności. Myślisz, że dasz sobie z tym radę mała? 
Wyprostowałem się, przyglądając się jej twarzy. W tej chwili wszystkie nianie wytrzeszczały oczy, otwierały usta ze zdziwienia i bladły. 
Ale nie ta. Nie. Uśmiech Nowej był jasny jak słońce i słodki jak cukierek. 
- Panie Winslow, z radością kupię panu opakowanie pampersów. Właściwie myślę, że to rozwiązanie idealne, biorąc po uwagę pana zachowanie.”


Jeśli taką wymianą zdań rozpoczęło się pierwsze spotkanie Indigo i Alexa, to możecie się tylko domyślać jak będą wyglądały dla obojga trzy kolejne miesiące.

Indie nie należy jednak do osób, które łatwo się poddają, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi wysoka stawka. Pan gwiazda nie zamierza niczego ułatwić dziewczynie, wręcz przeciwnie, zamierza doprowadzić ją na skraj wytrzymałości. Szkoda tylko, że w swoim planie nie przewidział jednego - tego, że znajdzie swoją muzę.


Przyznam się bez bicia, że mam słabość do książkowych dupków. Po prostu mam i już. Kiedy dodać do tego, muzyczną profesję jaką się zajmują - przepadam. L.J. Shen ma talent do tworzenia męskich postaci, których mamy ochotę udusić gołymi rękoma, a potem rzucić się na nich w celach wręcz przeciwnych. Alex Winslow jest tego najlepszym przykładem.

Co do samej relacji między głównymi bohaterami to chyba zabrakło mi tego czegoś. Była chemia pod względem fizycznym, ale ta psychiczna? Trochę bym nad nią popracowała.



                                   Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Edipresse Książki!

czwartek, 14 marca 2019

#89 "Inna Blue" - Amy Harmon


            Bywają tacy autorzy o których słyszymy i czytamy wiele pozytywnych opinii, ale sami dość długo zbieramy się do sięgnięcia po ich twórczość. W moim przypadku tak właśnie było w przypadku amerykańskiej powieściopisarki Amy Harmon. Znana z takich bestsellerów jak „Prawo Mojżesza” czy „Making Faces” (które skądinąd od dawna leżą u mnie w biblioteczce i czekają na swoją kolej) autorka wreszcie doczekała się mojej uwagi, a przygodę z jej twórczością postanowiłam zacząć książką, która swoją polską premierę miała w tym tygodniu. Zapraszam więc na recenzję „Innej Blue”, która najpierw skradła moje serce okładką, a potem historią ukrytą między jej stronami.






Tytuł – „Inna Blue"
(oryg.A Different Blue: A Novel)
Autor – Amy Harmon
Tłumaczenie - Marcin Machnik
Wydawnictwo – EditioRed
Liczba stron – 303
Wydanie pierwsze – 2019
ISBN – 978-83-2834-774-8



Każdy człowiek ma imię i nazwisko.
Każdy wie do kogo mówić mamo i tato.
Każdy z nas zna swój wiek i datę urodzenia.
Każdy wie skąd pochodzi.

Każdy…oprócz niej.


Blue jako około dwuletnia dziewczynka została podrzucona w samochodzie należącym do Jimmy’ego Echohawk. Każdy, kto znalazłby obce dziecko zgłosiłby się z nim natychmiast na policję, ale … mężczyzna tego nie zrobił. Być może kierował nim strach, być może coś innego. Ale przez następne lata, wychowywał on Blue, którą nazwał po ciągle powtarzanym przez nią słowie „blue” i traktował ją jak swoją własną córkę. Gdy w wieku kilkunastu lat dziewczynę spotkała tragedia związana ze śmiercią Jimmy’ego, opiekę nad Blue zgodziła się sprawować jego przyrodnia siostra.

Teraz Blue jest uczennicą ostatniej klasy liceum w Boulder High School. Życie potrafi hartować ludzki charakter i uwierzcie, że zahartowało także naszą bohaterkę. Blue jest pewna siebie, wyniosła, stanowcza – choć wszystko to, to tylko pozory. Bo piękna niebieskooka dziewczyna kryję się z tym co faktycznie jej doskwiera - samotność, brak bliskości i niewiedza kimś się jest i dokąd się zmierza ze swoim życiem.  Jedyny spokój odnajduję w rzeźbieniu w drewnie, a czasem ukojenia szuka nawet w przypadkowym seksie.

Kiedy pewnego dnia w jej szkole pojawia się nowy nauczyciel historii Brytyjczyk Darcy Wilson, Blue na pierwszych zajęciach robi to co zawsze – jest dość opryskliwa i mówi co myśli, ale … Wilsona wcale to nie rusza, wręcz przeciwnie - jest miły i to właśnie napawa dziewczynę prawdziwą konsternacją.


"Nikt z nas nie mógł wybrać, gdzie będzie rzucony, Blue. Ale nikt z nas nie musi p o z o s t a ć tam, gdzie trafił. Może lepiej byłoby skupić się na tym, gdzie chcesz trafić, zamiast na tym, skąd się wzięłaś? Dlaczego nie skupisz się na tym, co sprawia, że jesteś błyskotliwa, a nie na tym, co cię wkurza?"


Przyznam, iż z początku byłam przekonana, że „Inna Blue” będzie swoją fabułą przypominać jedną z moich ulubionych książek z wątkiem relacji uczennica-nauczyciel, a mianowicie „Kochając Pana Danielsa” Brittainy C. Cherry. Może tak, może nie. Amy Harmon stworzyła niezwykle piękną historię w której chyba jednak głównym elementem/wątkiem jest walka o własną tożsamość, o próbę znalezienia równowagi, o chęć bycia kimś lepszym, kimś kto ma szansę na lepsze życie mimo trudnej przeszłości.

Owszem relacja między Blue i Wilsonem jest istotna, ale nie przysłania ona walki naszej bohaterki o samą siebie.

Harmon poruszyła jeszcze jeden ważny wątek o którym wam nie powiem. Zdradzę tylko, że Blue po raz pierwszy w życiu będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami swojego stylu życia. Jedni powiedzą, że jej decyzja była właściwa, inni zarzucą jej, że nie. Ciężko ocenić sytuację, nawet najtrudniejszą, dopóki sami się w niej nie znajdziemy. Prawda?

„Inna Blue” to naprawdę piękna opowieść. Trudna, smutna, dająca do myślenia, a ta prosta i hipnotyzująca okładka jest wisienką na torcie.


                                    Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                   Wydawnictwu EditioRed!

środa, 6 marca 2019

#88 "Napij się i zadzwoń do mnie" - Penelope Ward

            Nadszedł dzień w którym wreszcie mogę wam opowiedzieć co nieco o kolejnej książce autorstwa jednej z moich ulubionych autorek, która pod koniec zeszłego miesiąca zadebiutowała na półkach w polskich księgarniach. Jak to często w moim przypadku bywa byłam już po lekturze oryginału (kilkukrotnej), więc czytałam polskie wydanie dla czystej przyjemności i przypomnienia sobie szczegółów do czysto stricte celów. 



Tytuł – „Napij się i zadzwoń do mnie"
(oryg.Drunk Dial)
Autor – Penelope Ward
Tłumaczenie - Wojciech Białas
Wydawnictwo – EditioRed
Liczba stron – 287
Wydanie pierwsze – 2019
ISBN – 978-83-2834-755-7


Główną bohaterką „Napij się i zadzwoń do mnie” jest Rana Saloomi. Dziewczyna na co dzień mieszka w Detroit z dziwnym współlokatorem, najbliższą dla niej osobą jest jej tata, który wychowywał ją po odejściu mamy, a sama Rana zawodowo zajmuję się … tańcem brzucha. Lata temu dziewczyna była typową chłopczycą w za dużych ubraniach, ale teraz jest piękną kobietą. Jako trzynastolatka, Rana przyjaźniła się z Landonem, którego rodzice wynajmowali, znajdujący się na terenie ich posiadłości i przerobiony na nieduże mieszkanie garaż - rodzicom Rany. Pewnego dnia Eddie i Shayla razem z Raną przeprowadzili się na drugi koniec stanu, a kontakt naszych bohaterów się urwał.

Czy wy też tak macie, że po wypiciu pewnej ilości alkoholu przychodzą wam do głowy dziwne pomysły? Głupie pomysły? Takie na które nie wpadlibyście na trzeźwo? Bo Rana właśnie pod wpływem butelki wina i wieczoru pełnego melancholii wpadła na taki pomysł - postanowiła odszukać Landona Rodericka w sieci. Z ciekawości, z tęsknoty, z powodu liścików od niego, które nadal trzyma... Tak właśnie nasza bohaterka znajduję mężczyznę o takich samych danych osobowych, który mieszka w Los Angeles.

"W słuchawce rozległ się głęboki, chrypliwy głos.
— Tak…?
 Poczułam, jak moje serce zaczyna bić w coraz szybszym tempie.
— Czy to Landon?
— Kto mówi?
— Jestem pewna, że mnie nie pamiętasz. Jakżeby inaczej, skoro mieszkasz sobie w swojej wypasionej Kalifornii…
— Słucham?
— Musisz o czymś wiedzieć. Coś do ciebie czułam.
 — Że kurwa co? Co? — powtórzył. — Kto mówi?
— Być może byłam dla ciebie tylko grubiutką chłopczycą z fatalną fryzurą i z owłosionymi ramionami — może tylko dziewczyną, która mieszkała u ciebie w garażu. Ale liczyłam się. Co więcej, byłeś dla mnie wzorem. Cieszyłam się każdym dniem, gdy mogłam jeździć w kółko po twoim podjeździe, a ty krążyłeś wokół mnie na deskorolce. Wciąż mam wszystkie te twoje cholerne liściki. Sama nie wiem, po co je trzymam. A przecież jestem gotowa iść o zakład, że nawet nie pamiętasz, kim ja, do diabła, jestem. Nieee… Przecież wielmożny pan Landon Roderick, rozwalony w swoim kalifornijskim apartamencie, ma ważniejsze sprawy na głowie, niż pamiętać jakichś szaraczków. W razie gdybyś był ciekawy, co u mnie słychać, to wiedz, że po tym, jak się od was wyprowadziliśmy, wszystko diabli wzięli. Moja mama nas porzuciła. Moje życie nigdy już po tym nie wróciło do normy. Więc nawet jeżeli ty nie pamiętasz, kim ja jestem, to ja pamiętam ciebie. Niestety, ostatnim razem, gdy czułam się szczęśliwa, byłam przy twoim boku. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy i nagle zabrakło mi słów, więc rozłączyłam się i cisnęłam komórką na łóżko. I wtedy oprzytomniałam. O cholera. O nie. Co ja narobiłam?(…)
W końcu podniosłam komórkę i zerknęłam na pokazany na wyświetlaczu identyfikator numeru: L. Roderick.   Przywarłam plecami do oparcia łóżka, wzięłam głęboki oddech i przygotowałam się, aby odebrać
(…)
 — Halo?
Po drugiej stronie linii rozległo się głębokie westchnienie. Przez moment panowała cisza, po czym w słuchawce rozległy się słowa:
 — Rana Banana?"
Czy jeden telefon może odmienić czyjeś życie. Owszem. A może nawet dwa życia.

W miarę rozwoju relacji naszych bohaterów i z każdym kolejnym telefonem, zarówno Rana jak i Landon orientują się, że bliska znajomość z lat młodzieńczych pomimo upływu czasu, nie zmalała – wręcz przeciwnie. Oboje są jednak świadomi, że ciężko myśleć o jakiejkolwiek głębszej relacji, skoro oboje mieszkają w różnych stanach, a związek na odległość nie jest tym o czym którekolwiek z nich marzy. 

Penelope Ward słynie z książek w których poczucie humoru przeplata się z trudną przeszłością bohaterów. Tak też jest w tym przypadku. Zarówno Landon jak i Rana skrywają tajemnice, choć mogę śmiało powiedzieć, że to to co nosi w sobie Rana jest dużo bardziej trudne i skomplikowane.

Myślę, że fani autorki nie zawiodą się na książce. Ja się nie zawiodłam.

Podobało mi się także to, że autorka nie zrobiła z Landona typowego milionera i prezesa jakiejś wielkiej firmy (jak to w przypadku współczesnych książek często bywa). Właściwie to, czym zajmuję się nasz bohater jest naprawdę świetne. Mała wskazówka - MNIAM.

Największy zarzut (który z tego co zdążyłam zauważyć podnosili też inni blogerzy i czytelnicy) mam do polskiego tytułu książki. Drunk Dial jako Napij się i zadzwoń do mnie? Serio? Kocham EditioRed za to, że nie zmieniają oryginalnych okładek (uwielbiam je), ale tendencja wydawnictwa do polskich tytułów jest co najmniej rozbrajająca. Jeśli nie można w sensowny sposób przetłumaczyć tytułu, najlepiej zostawić go w spokoju w oryginalnej formie. Takie jest moje zdanie.

 Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
   Wydawnictwu EditioRed!

piątek, 1 marca 2019

#87 "Ghostwriter" - Alessandra Torre


W dzisiejszej recenzji opowiem wam o książce, której polskiego tłumaczenia mocno wyczekiwałam, od kiedy zobaczyłam ją w zapowiedziach Wydawnictwa Kobiecego. Cieszę się, że twórczość Alessandry Torre wreszcie pojawiła się w naszym kraju, bo sama zostałam wielką fanką autorki już dawno temu - odkąd przeczytałam jej genialne „Black Lies” (po cichu liczę, że i ta historia zostanie u nas w najbliższym czasie wydana).


   


 Tytuł – „Ghostwriter"
         (oryg. The Ghostwriter)
         Autor – Alessandra Torre
     Tłumaczenie - Ryszard Oślizło
          Wydawnictwo – Kobiece
           Liczba stron – 349
        Wydanie pierwsze – 2019
       ISBN – 978-83-65607-419-4

To co zaznaczę już na wstępie to to, że „Ghostwriter” nie jest typowym romansem. To raczej historia, którą zaliczyć można do gatunku suspens, gdzie należy oczekiwać niepewności, tajemniczości i zwrotów akcji. I powiem wam jedno – wszystko to dostajemy we wspomnianej książce.

UMIERAM.


„Ghostwriter” rozpoczyna się od tego pojedynczego słowa. Wizja śmierci dla wielu osób jest przerażająca, ale nie dla naszej bohaterki. Ona w zasadzie jest za to wdzięczna. Bo śmierć może okazać się jej wyjściem awaryjnym. Rozwiązaniem, które wreszcie uwolni ją od tajemnicy, która zżera ją od środka.

Helena Ross to znana pisarka, a książki jej autorstwa okupują listy bestsellerów. Kiedy kobieta otrzymuję od lekarza druzgocącą diagnozę wie, że musi się spieszyć. Nie po to, aby spędzić ostatnie miesiące życia na podróżach czy spędzaniu czasu z najbliższymi. NIE. Trzy miesiące życia, jakie jej pozostały muszą wystarczyć, aby Helena napisała książkę, którą planowała napisać dopiero za kilkadziesiąt lat. Ale teraz cenny czas ucieka, a ta historia musi ujrzeć światło dzienne. Świat musi poznać prawdę – prawdę o tym dlaczego nie wszystko jest takim jakim się wydaję, prawdę o tym, że nie każdy jest takim jakim się wydaję, prawdę która sprawiła, że cztery lata wcześniej życie Heleny rozpadło się w ciągu jednej chwili.


"To właściwie nie jest nie jest straszliwa diagnoza - nie dla mnie. Cztery lata czekałam, aż stanie się coś takiego, że spadnie ostrze gilotyny, pojawi się wyjście ewakuacyjne. Byłabym wręcz zachwycona, gdyby nie ta książka. Ta historia. Ta prawda, której unikałam przez ostatnie cztery lata."


Kiedy Helena orientuje się, że stan jej zdrowia pogarsza się z dnia na dzień, musi podjąć decyzję i poprosić kogoś o pomoc przy napisaniu tej książki - kogoś kto zna się na pisaniu co najmniej tak dobrze jak ona, kogoś kto będzie w stanie we właściwy sposób pomóc jej przelać na papier tą historię, a tą osobą będzie ta z którą Helena od lat walczy o miejsca na szczytach list bestsellerów. Marka Vantly to pisarka romansów z którą nasza bohaterka od lat jest w sporze. E-maile, które Helena często otrzymuję od Marki, krytykujące jej książki to nieodłączny element ich dziwnej relacji. Nie zmienia to jednak faktu, że obie piszą historie czytane przez miliony fanów na całym świecie.

Helena prosi swoją zszokowaną asystentkę, aby ta skontaktowała się z agentem Marki Vantly z propozycją, aby ta została jej ghostwriterem czyli pisarzem-widmo (osoba, która za wynagrodzeniem pisze, koryguje lub redaguje książki, które następnie zostają opublikowane pod nazwiskiem zleceniodawcy)

Nasz bohaterka myślała, że nic nie może jej już w życiu zaskoczyć. Nic ani nikt. A jednak. Możecie więc sobie wyobrazić minę Heleny, kiedy w drzwiach jej domu pojawia się mężczyzna po pięćdziesiątce i twierdzi, że … Marka Vantly to pseudonim pod którym od lat pisze on romanse dla kobiet. 

Odkrycie prawdy o prawdziwej tożsamości Marki, nie mogło mieć większego wpływu na decyzję Heleny. Ona potrzebuję ghostwritera, a Mark Fortune (Marka) jest jej jedyną szansą, aby książka została napisana zanim Helena umrze i zabierze swoją tajemnicę do grobu.


Nie powiem wam jaki sekret skrywa Helena, ale napiszę tak ...

Helena miała kiedyś męża. 
Helena miała kiedyś córkę. 
Teraz jest tylko ona i praktycznie pozbawiony mebli dom. 
Jak do tego doszło? 

Ja tego nie przewidziałam. I myślę, że wam też się nie uda.



"Idealny poranek. Idealny mąż. Idealna córka. Idealne kłamstwo."

Ta książka was zaintryguje. Ta książka was zaskoczy. Ta książka was pochłonie. Będziecie chcieli więcej i więcej. Droga do zakończenia będzie pełna niedomówień i tajemnic. A na końcu autorka zaserwuje wam jeden wielki SZOK!


                                 Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
                                                                  Wydawnictwu Kobiecemu!

piątek, 22 lutego 2019

#86 "Save me" - Mona Kasten


Z twórczością Mony Kasten po raz pierwszy spotkałam się w zeszłym roku, kiedy to dzięki uprzejmości wydawnictwa Jaguar, miałam okazję przeczytać i zrecenzować dla was „Trust Again”, a następnie „Feel Again” – czyli drugą i trzecią część serii Begin Again. Pokochałam te historie i tych bohaterów, dlatego byłam zachwycona gdy w zapowiedziach pojawiła się wzmianka o nowej serii autorki, którą rozpoczyna książka „Save me”. Jeśli jesteście ciekawi, czy moje oczekiwania zostały zaspokojone zapraszam do lektury poniższej recenzji.



 


            Tytuł – „Save me
             (oryg.Save me)
          Autor – Mona Kasten
     Tłumaczenie - Ewa Spirydowicz
          Wydawnictwo – Jaguar
          Liczba stron – 384                    Wydanie pierwsze – 2019
        ISBN – 978-83-7686-759-5




Główną bohaterką książki jest siedemnastoletnia Ruby Bell, która na co dzień uczęszcza do liceum Maxton Hall. Jej nauka w tym elitarnym miejscu jest możliwa dzięki stypendium, ciężkiej nauce i zdeterminowaniu – a wszystkie te trzy rzeczy mają jej zapewnić spełnienie największego marzenia, które dziewczyna ma odkąd skończyła siedem lat, a mianowicie dostaniu się na studia do prestiżowego uniwersytetu Oksforda. Maxton Hall to miejsce, którego mury skrywają w większości  uprzywilejowanych i bogatych nastolatków, których codziennie problemy ograniczają się do wyboru miejsca kolejnej imprezy albo rodzaju alkoholu jaki się na niej pojawi. Ruby będąc ich kompletnym przeciwieństwem, stara się wtopić w tłum, nie wychylać przed szereg i udaje jej się to całkiem nieźle ... dopóki nie nakrywa Lydii - jednej z uczennic w dwuznacznej sytuacji z jednym z nauczycieli.

James Beaufort – jakby go tu opisać. Powiedzmy, że jeśli Maxton Hall byłoby królestwem, to on byłby tym który nosiłby w nim koronę króla. Chłopak mieszka w wielkiej rezydencji, jego rodzina prowadzi modowe imperium, a życie biegnie mu od jednej imprezy do następnej. W szkole trzyma się z równie uprzywilejowanymi osobami co on. Któregoś dnia, jego rodzona siostra Lydia prosi go pomoc – pomoc w dopilnowaniu, aby pewna tajemnica pozostała nadal tajemnicą, bo w przeciwnym razie ich rodzina może paść ofiarą skandalu na który nie mogą sobie pozwolić.

Plan Ruby – za wszelką cenę zapomnieć, o tym że widziała Lydię i pana Suttona razem.
Plan Jamesa – za wszelką cenę dopilnować, aby Ruby trzymała język za zębami.


Sytuacja komplikuje się dodatkowo, kiedy James za pewien wybryk na szkolnej imprezie, zostaje ukarany przez dyrektora szkoły. Chłopak nie dość, że zostaje zawieszony w grze jego drużyny Lacrosse'a, to jeszcze (o zgrozo) ma dołączyć do szkolnego komitetu organizacyjnego na czele którego stoi ... Ruby.

Mawiają, że im dalej w las tym więcej drzew. W tym przypadku im dalej w las, tym więcej dowiadujemy się o tym, jak tak naprawdę wygląda prawdziwe życie Jamesa. Bo dla zewnętrznego świata teoretycznie ma wszystko o czym bogaty nastolatek może marzyć. Ale w praktyce okazuję się, że nie ma najważniejszego. Życie Jamesa było zaplanowane jeszcze przed jego narodzinami: skończenie Maxton Hall, studia na Oksfordzie, ślub z odpowiednią (równie uprzywilejowaną partnerką) i przejęcie rodzinnego biznesu. Problem w tym, że to czego chcą rodzice chłopaka, nie pokrywa się z jego wizją przyszłości, przyszłości której nawet nie śmie planować, bo ona już została mu narzucona.

"- Dlaczego zawracasz sobie głowę przyszłością, skoro mamy teraz? – pyta cicho. 
- Bo zasłużyłaś na coś lepszego. Moja przyszłość jest już skreślona. Twoja nie.  
- Nieprawda – mówi stanowczo. – Masz takie same możliwości, jak wszyscy inni. Tylko musisz wyciągnąć po nie rękę, James. 
(…) 
Miałaś rację, kiedy mówiłaś, że sam nie wiem, czego chcę od życia. Nie zastanawiam się nad tym, co mógłbym robić, bo jeżeli pozwolę sobie na marzenia, później będzie tylko gorzej."

Przyznam szczerze, że wiele oczekiwałam po tej książce, bo w głowie nadal miałam poprzednią serię autorki. „Save me” delikatnie mnie zawiodło. A co dokładnie? Książka jest dość stereotypowa i nieco przewidywalna. Ona biedna, on bogaty. Ona dobra uczennica, on licealny playboy. I stary jak świat schemat, że przeciwieństwa się przyciągają.


Trzeba przyznać, że autorka ma lekkie pióro i „Save me” czyta się naprawdę szybko. Historia Ruby i Jamesa to całkiem miły przerywnik dla głowy, jeśli chcemy się zrelaksować przy luźnej historii.

Mimo wszystko jestem ciekawa jak potoczy się historia bohaterów w kolejnym tomie, bo zakończenie "Save me" przynosi nam oczywiście mocny cios. 


Za możliwość recenzji i egzemplarz książki serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Jaguar!